środa, 27 czerwca 2012

Terapia szokowa



    Widowiskowy konflikt korporacji lekarskiej z rządem powraca jak bumerang do czołówek medialnych doniesień. Oczekujący rok na wizytę u kardiologa, zdesperowany pacjent zastanawia się o co tak naprawdę chodzi medykom, że z tak wielką determinacją walczą o wykreślenie z aktów prawnych, regulujących działanie systemu opieki zdrowotnej, przepisów nakładających kary za wypisywanie leków objętych refundacją osobom nieuprawnionym. Oklepane lecz niezwykle trafne porzekadło głosi, że jeśli niewiadomo o co chodzi to na pewno chodzi o pieniądze. Otóż bezkarność lekarzy odpowiedzialnych za wyłudzenie świadczeń z budżetu państwa, stawia ich w komfortowej sytuacji na rynku trefnych usług. 

Bujna przedsiębiorczość cechująca kapitalizm nie zawsze przejawia się tam gdzie najbardziej jest pożądana, czyli w sferze produkcji, handlu i usług. Takim niechlubnym i wstydliwym dla apologetów tego ustroju, elementem panującego nam systemu społecznego, jest niesłychanie rozwinięta pomysłowość w czerpaniu pieniędzy z  budżetu wszelkimi dostępnymi sposobami. Z tego powodu budżet państwa do złudzenia przypomina dziurawą beczkę, z której rozlicznymi szparami cieknie aromatyczny miód. Zwabione zapachem zapowiadającym darmową ucztę trutnie, ciągną do niego ze wszystkich stron. Niestety jest go zbyt mało dla zaspokojenia rosnących potrzeb i wygórowanych, społecznych oczekiwań.

Strażnicy budżetu

Państwo nie może być i nie jest wszechogarniające, dlatego dość znaczącą część władczych uprawnień ceduje na korporacje, których członkowie decydują w istotnych dla obywateli sprawach, trzymając jednocześnie pieczę nad dostępem do wspólnych pieniędzy. Wśród tych decydentów szczególną pozycję zajmuje lekarz, którego podpis otwiera drogę do państwowej skarbonki. Uprzywilejowana pozycja w społecznej hierarchii stwarza pokusę do sięgania przy nadarzającej się okazji, po osobiste korzyści o charakterze materialnym. Lekarze tak samo jak ludzie innych zawodów i profesji nie są od niej wolni. Każdego dnia tysiące medyków bierze udział w cichym procederze, nielegalnego uchylania ludziom furtek do państwowej kasy.

Jest tajemnicą poliszynela, iż znaczny odsetek rencistów pobiera swoje świadczenie tylko dlatego, że  lekarze nazbyt przychylnie traktują dążenia ludzi, starających się zdobyć świadczenia i pomagają im odpowiednim preparowaniem dokumentacji medycznej. Najczęściej nie jest to pomoc bezinteresowna. Prawdziwą plagą są szerokim strumieniem wystawiane, płatne zwolnienia chorobowe, narażające pracodawców i Zakład Ubezpieczeń Społecznych na horrendalnie wysokie wydatki. Wydawanie zaświadczeń o złym stanie zdrowia oskarżonych komplikuje i spowalnia procesy sadowe, a bywa że uwalnia ich od odpowiedzialności karnej. Nazbyt często opłacone słowo lekarza staje się wyrocznią. 
                                                          
Przeciw pacjentom

W walce o zaspokojenie swoich żądań lekarze zaprezentowali  się  jako twarda i bezkompromisowa grupa interesów, traktująca swoich pacjentów jak zakładników. Pozostawiając chorych bez opieki medycznej zmusili rząd do przyznania im znaczących podwyżek płac, które pochłonęły bez mała cały przyrost środków finansowych, przeznaczonych na poprawę funkcjonowania publicznego sektora opieki medycznej. Nie inaczej było podczas pierwszego sporu z rządem, w sprawie zmiany przepisów o karaniu lekarzy za błędy w receptach na leki objęte refundacją. W ramach protestu lekarze wzięli odwet na pacjentach pozbawiając ich prawa do nabycia leków po tańszej cenie. 

Ratowanie własnego zdrowia jest dla każdego człowieka sprawą pierwszoplanową, szczególnie wtedy, kiedy staje w obliczu zagrożenia życia. Człowiek dotknięty poważną chorobą jest więc zdeterminowany, oddać wszystko komuś kto daje mu realną, a nawet złudną nadzieję na uniknięcie najgorszego. Ustawia się wobec lekarza w podrzędnej sytuacji , a lekarz jest tylko człowiekiem, jak inni podatnym na pokusę łatwego uzyskania korzyści. W  tej delikatnej sferze zdrowy kręgosłup moralny powinien powstrzymać go przed wykorzystaniem swojej przewagi nad pacjentem. Niestety nie zawsze tak jest. Nazbyt często słyszy się o przyjmowaniu od chorych dodatkowych pieniędzy, często znacznej wysokości.

Zawód zaufania publicznego?

W świetle codziennych doświadczeń pacjentów w kontaktach z lekarzami, nie wytrzymuje porównania ze stanem rzeczywistym, lansowana przez nich teza o utrzymywaniu szczególnie wysokiego standardu moralnego, przez ludzi parających się leczeniem. Wobec tego nie ma żadnego uzasadnienia żądanie lekarzy o uwolnienie tej grupy zawodowej, od przestrzegania kryteriów i zasad gospodarowania publicznymi pieniędzmi i od odpowiedzialności za złamanie regulujących to przepisów prawa. Nie może być tak, iż tego samego typu uchybienia, za które karze się urzędników państwowych i samorządowych  lekarzom mają  uchodzić bezkarnie. Nie pozwala na to zasada równości wszystkich obywateli wobec prawa.

Lekarze mają prawo okazywać swoje niezadowolenie, zwłaszcza wtedy, gdy rząd posługuje się krętactwem i nie dotrzymuje wcześniej złożonych obietnic. Powinni jednak głęboko zastanowić się nad formą protestu. Ten, który obecnie preferują, może nawet skuteczny, chwały im nie przynosi. Rząd się wyleczy bez problemu, a sankcje lekarzy boleśnie uderzają w ledwie wiążącego koniec z końcem astmatyka, gdy lekarz w ramach walki z rządem wypisze mu receptę, na ratujący przed uduszeniem Seretide 500, za 176 złotych zamiast  za 4,20 w refundowanym ryczałcie. Aż prosi się o zawołanie – wstyd panowie. Jednak w mediach panuje wymowna cisza. No cóż, dziennikarze także są pacjentami.

środa, 20 czerwca 2012

Wywiad

                                                      Fundacja Oscar
Wywiad z Włodzimierzem Dajczem przeprowadzony przez Ewę Pałczyńską Winek


FO. Panie Włodzimierzu Pana książki to przede wszystkim historia, skąd takie upodobania?

WD. Nie potrafię dać konkretnej odpowiedzi na to pytanie. To tak jakby pytał ptaka dlaczego lata, a rybę dlaczego pływa. Istotnie, można powiedzieć, że historia dominuje w moich opowieściach, ale tak naprawdę stanowi ona tło niezbędne dla wyświetlenia imperatywów religijnych i moralnych, którymi starali się kierować moi bohaterowie, emocji jakim ulegali, zagrożeń i przeciwności losu jakim musieli stawić czoła. Jak życie korygowało, a nawet łamało te zasady i wartości  Osoby, które przywołuję na karty moich książek to nie fikcyjne postacie ukształtowane w wyobraźni autora tylko ludzie z krwi i kości.

FO. A co Pan robi zawodowo?

Niestety minęło już kilkanaście od dnia kiedy choroba wykluczyła mnie z czynnej działalności zawodowej, ale jednocześnie uwalniając od wielu obowiązków dała mi szansę na pisanie, choć wymiar czasu jaki mogę na to poświęcić jest niestety przez  nią reglamentowany. Zostawiłem za sobą przetarty szlak, którym życie wiodło mnie przez harówkę w hutach szkła i na roli, a potem po kolejnych szczeblach kariery urzędniczej i biznesowej, aż do stanowisk prezesa i dyrektora .To właśnie  bagaż doświadczeń z tamtych lat stanowi bazę do przemyśleń będących fundamentem mojego pisarstwa i publicystyki.


FO. Czytając recenzje i książki Pana: Korzenie zła, Odłamki czasu czy Na deptaku
podkreślane jest, iż nie jest to polityka, a jednak...

WD. To nie jest tak. Zycie i polityka splatają się nierozerwalnie i wzajemnie na siebie wpływają. W publicystyce nie sposób ich od siebie oddzielić. Pisząc felietony staram się pokazać czytelnikowi jak wielki wpływ działania polityków mają na nasze losy każdego dnia. Podbudowuje mnie zainteresowanie tysięcy internautów wyrażane bogactwem większości przychylnych komentarzy, zamieszczanych pod moimi artykułami. Teza, którą Pani wyprowadziła z lektury moich książek, o braku z mojej strony politycznego zaangażowania jest słuszna w tym sensie, że nie jestem zwolennikiem i nie popieram żadnej opcji prezentowanej na politycznej scenie.

.
FO. Sporo Pan wplótł też w treści faktów biograficznych, dlaczego?

WD. Zastanawiałem się co jest lepszym dla pisarza tworzywem – mądrość wyczytana w księgach czy doświadczenie życiowe wypisane często na własnej skórze i wzbogacone bliznami na psychice. Pewnie jedno i drugie. Dlatego tak często korzystałem z własnych przeżyć przy konstruowaniu akcji moich opowieści. Pisarz posługujący się fikcją literacką zrzuca własny garb na barki swoich bohaterów. Pisząc prawdziwe story musiałem dźwigać go sam.

FO. W odłamkach czasu wręcz ujął Pan historię swojego rodu, z czego to wypłynęło?

WD. Odłamki czasu to opowieść o dzielnych ludziach, którym przyszło zmagać się z niełatwą rzeczywistością XX wieku, rzeczywistością zaboru rosyjskiego, młodego państwa polskiego, wojny i komunistycznej władzy, którzy musieli walczyć o przetrwanie, a którzy mimo to potrafili pośród zamętu ocalić wartości i stworzyć innym szczęśliwą przestrzeń do życia. Potrzebna mi była do opisania stuletnich dziejów lokalnej społeczności jakaś konstrukcja nośna, a gdzie miałbym jej szukać jeśli nie w mojej rodzinie, której dzieje znam najlepiej.?

FO. Akcje Pana książek dzieją się w małych regionalnych społecznościach, a konkretnie gdzie?

WD. Z moich doświadczeń życiowych wynika, że tam bije prawdziwy puls naszego narodu. Życie, które się tam toczy jest znacznie ciekawsze niż to ze społecznych wyżyn. Szansę do takich konkluzji zyskałem poprzez liczne kontakty z politykami z pierwszych stron gazet, będące efektem mojej działalności społecznej, prowadzonej w interesie tych ludzi, którzy jakże często spotykali się z butą i arogancją władzy. Czytelnik zetknie się w moich książkach z konkretnymi ludźmi wymienionymi z imienia i nazwiska, mieszkającymi w autentycznie istniejących miejscowościach. Wszystko co umieściłem w moich książkach posiada certyfikat autentyczności: ludzie, wydarzenia i miejsca, gdzie toczy się akcja.

FO. Czytając Pana książki ma się wrażenie, iż jest w nich sporo żalu, z czego to wynika? Przecież zawsze było tak i będzie, że są grupy ludzi, którzy rządzą i są ci, którymi się zarządza. Wiadomo, iż ta druga grupa zwykle nie jest zadowolona i twierdzi, iż „ona” zrobiłaby to lepiej, ale czy tak jest w istocie?

WD. A jakże? Czy to dziwne, że człowiek, który tak wiele widział i przeżył nie chce i nie może pogodzić się ze smutną prawdą o triumfie patologii dominującej w sferze życia publicznego. Wcale tak nie jest, że my jesteśmy dobrzy, a oni są źli. Panujący nam prymitywny konsumpcjonizm, napędzany chciwością i zawiścią determinuje upadek moralny elit. Żal, który daje się wyczuć w moich tekstach jest reakcją na szturm po władzę przez ludzi za nic mających dobre obyczaje, zafascynowanych kultem pieniądza i sukcesem za wszelką cenę. Trudno przyjąć zadowoleniem fakt, że społeczeństwo akceptuje postępowanie tych ludzi, mimo tego, że nie  przestrzegają norm etycznych w działalności publicznej, a społeczników uważają za nieszkodliwych frajerów. Na szczęście widać już też ludzi, którzy chcą zrobić coś bezinteresownie dla innych. Rodzi się nadzieja, że ich śladem pójdą inni.

FO. W Korzeniach zła sam tytuł ewidentnie nam już podpowiada, iż zło, które jest w korzeniach wkrótce zmieni się w wielkie drzewo z rozłożystymi gałęźmi, które będą miały w sobie również to zło. W takim razie czy nie lepiej od razu je wyrwać?

WD. Zła nie da się wykorzenić. Towarzyszy ono człowiekowi od zarania i będzie tak aż do końca świata, a nawet o jeden dzień dłużej jakby to ujął Jerzy Owsiak. Skłonność do zła jest zapisana w duszy ludzkiej, jest integralną częścią osobowości człowieka. Walka ze złem podobna jest więc do walki z wiatrakami. Niestety w tej kwestii musimy się ograniczyć do likwidacji podłoża, z którego zło wyrasta. Korzeniem wszystkiego zła jest chciwość pieniędzy – tych słów z listu świętego Pawła do Tymoteusza użyłem jako motta do mojej książki. Takich pożywek jest znacznie więcej, ale ta wydaje się być kluczowa. Najlepszym jednak antidotum na zło jest czynienie dobra.

FO. Dlaczego my Polacy potrafimy tylko innych krytykować, ale tak naprawdę nie robimy nic, aby zaradzić złu?

WD. Jest takie porzekadło – Polak potrafi i to jest prawda. Z tym, że potrafimy działać tylko zrywami. Na fali entuzjazmu potrafiliśmy odbudować ze zniszczeń wojennych Warszawę, a potem obalić światowy system komunistyczny. Szkoda tylko, że rzadko potrafimy wykorzystać szansę, którą sami sobie stworzyliśmy. Co gorzej bywa też, że porzucona szansa obraca się przeciw  nam. Tak bywało w przeszłości. Po zwycięskiej bitwie pod Grunwaldem nie zadaliśmy sobie trudu, żeby ostatecznie zniszczyć Zakon, potem Sobieski uratował pod Wiedniem Habsburgów. Po latach okazało się, że po to, aby Prusy i Austria mogły dokonać rozbiorów Polski. Niestety od tamtych czasów niewiele się zmieniło. Nadal nie potrafimy wyłonić elit które potrafią patrzeć dalej niż czubek własnego nosa.


 FO. W sumie wiemy, iż politykom nie chodzi o nasze dobro, oczywiście są jednostki, którym na tym zależy, ale są one przytłaczane szybko przez silniejszych,. Wydaje się, iż każdemu jedynie zależy na tym, aby dostać się na intratne stanowisko, gdzie będzie się mógł dorobić. Skąd w Polakach taka mentalność? Czy naprawdę nic w nas nie zostało ze szczytnych ideałów?

WD. Największą słabością elit jest brak myślenia w kategoriach interesu publicznego. Liczy się przede wszystkim interes własny. Zadziwiająca jest zdolność naszych polityków do zmiany poglądów pod kątem utrzymania się na świeczniku. Znam człowieka, który za komunizmu organizował w niedziele zebrania partyjne o czasie, kiedy w ksiądz odprawiał nabożeństwo. Chodziło oczywiście odciągnięcie ludzi od Kościoła. Kilkanaście lat później ten sam człowiek klękał przed papieżem wręczając dokument nadający mu honorowe obywatelstwo miasta i gminy. Tych szczytnych ideałów było tyle co kot napłakał, pozostałe miały miejsce głownie na kartkach eufemistycznie pisanych podręczników do nauki historii. O sile sprawczej naszych elit świadczy ponury fakt o wrobieniu nas w „polskie obozy śmierci”. Jeśli brakuje charakteru i umiejętności odnoszenia autentycznych sukcesów pozostaje walka o dostęp do koryta, która dzieje się tu i teraz, rozkwita na naszych oczach.

FO. Co przygotowuje Pan następnego?

WD. Pracuję nad cyklem opowiadań o przełomie lat osiemdziesiątych. Mają one pokazać życie ludzi, które toczyło się z dala od sceny zmagań opozycji demokratycznej z komunistyczną władzą. Tak naprawdę niewielu było herosów na tym placu boju. Większość z nich objawiła się dopiero po upadku totalitaryzmu. Według elit trzymających dziś władzę były to czasy heroiczne. A tak naprawdę pole walki z komuną było niezwykle wąskie, aż do czasu kiedy obóz socjalistyczny zaczął słabnąć pod ciężarem światowego wyścigu zbrojeń. Miliony ludzi w Polsce żyły jednak w miarę  normalnie, skutecznie zabiegając o własne interesy w tamtej niełatwej rzeczywistości. O tych ludziach, o ich losach chciałbym opowiedzieć.


FO. Czego życzyłby Pan swoim czytelnikom, którzy sięgną po Pana książki?

WD. Jedna z czytelniczek tak w skrócie charakteryzowała moje książki: Anegdoty, śmiech i łzy, odłamki minionego czasu. Myślę, że to trafna ocena. Życzę więc osobom, które sięgną po moje książki interesującej lektury i dobrej zabawy okraszonej czasem chwilą smutku i zadumy.

wtorek, 19 czerwca 2012

Smuda na szafot




Jeszcze słychać było echo ostatniego gwizdka szkockiego sędziego Craiga Thomsona, kończącego mecz Polska – Czechy, a już zgotowało w polskim piekiełku.


Im bliżej było do rozpoczęcia piłkarskiego Euro tym bardziej rosły oczekiwania zainteresowanych sportem Polaków na sukces naszej futbolowej reprezentacji. W ślad za nimi nie szły jednak możliwości piłkarskiej kadry, plasującej się od lat w dolnej strefie europejskich średniaków. Co gorsze poprzedni selekcjoner pozostawił po sobie spaloną ziemię, po tym jak poniósł dotkliwą klęskę w eliminacjach do mistrzostw świata w Republice Południowej Afryki. Odszedł Leo Beenhakker, a zadanie budowy nowej drużyny narodowej powierzono trenerowi Franciszkowi Smudzie.

Z pustego nawet Smuda nie naleje

Napisałem, że dobrze się stało, kiedy Grzegorz Lato usunął orzełka z koszulek reprezentantów, zastępując godło państwa logiem PZPN w postaci orła zmodyfikowanego, ponieważ brakowało w kadrze prawdziwych orłów, na miarę tych z epoki Kazimierza Górskiego. Istotnie drużyna Smudy dostawała tęgie lanie i spadała na łeb, na szyję w rankingach nadziei na sukces w polsko-ukraińskim Euro. Wielka była jednak społeczna presja na sukces, jako że od pamiętnego mundialu w Hiszpanii w 1982 roku nie udało się Polakom odnieść znaczącego sukcesu w piłkarskim turnieju dużej rangi. Niepoprawnym optymistom nie przeszkadzało, trener z braku większego wyboru zestawił drużynę z zawodników prezentujących poziom trzeciej reprezentacji Bundesligi, a uzupełnił skład kopaczami z żenująco słabej polskiej „ekstraklasy”. Tak jednak krawiec kraje jak mu materiału staje.

Wyszło jak zawsze

Nie ma powodu, żeby załamywać ręce po wyeliminowaniu Polaków z turnieju. Nie należy zapominać, że niesłusznie lekceważeni Czesi mieli od nas znacznie większe futbolowe sukcesy. Byli dwukrotnie wicemistrzami świata i mistrzami oraz wicemistrzami Europy, a we Wrocławiu zagrali znacznie lepiej od naszych zawodników, którym daleko do klasy światowej, ale blisko do popadnięcia w syndrom wody sodowej. Mimo tego Smudzie udało się osiągnąć wynik bliski przyzwoitości, bo przegrał tylko jeden mecz turniejowy różnicą zaledwie jednej bramki. Nie udało się to takim zadufanym w sobie szkoleniowcom jak Engel i Janas, a team zestawiony przez odznaczonego polskim orderem Holendra zdobył w Austrii tylko jeden punkt, po jedynej bramce strzelonej dla Polski nota bene…przez Brazylijczyka.

Bitwa na głosy

Zawrzało w piłkarskim świadku i w powiązanych z nim trefnymi nićmi mediach. Samozwańczy uzdrowiciele rodzimego futbolu rzucili się wieszać psy na nieszczęsnym Franciszku, mimo, że tak niewiele dzieliło go od sukcesu. Zaczęła się na dobre walka o spodziewaną schedę, między grupą aktualnie trzymającą władzę i kasę w Polskim Związku Piłki Nożnej, a forpocztą złożoną z pretendentów do tych dóbr. Niestety jedni i drudzy są po tych samych pieniądzach. Może by tak bliżej przyjrzała się temu władza wysyłając do piłkarskie centrali prokuratorów zbijających bąki w Instytucie Pamięci Narodowej.

sobota, 2 czerwca 2012

Futbolowe Eldorado




Motto: Ten, komu zdarzyło się odkopnąć piłkę chłopcom grającym na podwórku jest większym sportowcem od fana futbolu, który obejrzał wszystkie mecze piłkarskich mistrzostw Europy.



Współczesny sport jest jedną z głównych gałęzi globalnego biznesu podobnie jak przemysł, handel, energetyka czy inne kluczowe segmenty światowej gospodarki. Szlachetne idee barona de Coubertina już dawno zostały porzucone przez animatorów ruchu sportowego na rzecz wszechobecnego hołdu mamonie. Wysoki wyczyn nie jest już zwieńczeniem sportu masowego. Wyparła go z roli wychowania i kreowania wybitnych sportowców kosztowna hodowla gladiatorów traktowana, jako inwestycja mająca w przyszłości przynieść znaczące profity. W imię kultu pieniądza wpaja się od dzieciństwa przyszłym sportowym herosom, że trud i wyrzeczenia, jakie ponoszą zaprocentują satysfakcjonującym stanem bankowego konta.

Dźwignią zwiększającą nieustannie pęd do zdobywania sportowych umiejętności jest miraż niesłychanie wysokich apanaży, wypłacanych idolom tłumów oglądających wielkie widowiska z ich udziałem, oraz bajońskie sumy z tytułu kontraktów reklamowych. Niestety dotyczy to tylko niezbyt licznej procentowo elity. Natomiast cała reszta kilkudziesięciomilionowej kadry zawodniczej to wyrobnicy, dość marnie opłacani w stosunku do włożonej pracy i ryzyka utraty zdrowia. Przypomina to ręcznie napędzaną karuzelę, na której nieliczni beneficjenci wożą się kosztem wysiłku utrzymujących cały interes w ruchu. 

Motorem napędowym biznesu sportowego jest kapitał, potrzebujący jak kania deszczu skutecznego marketingu, najważniejszego narzędzia do osiągnięcia sukcesu na rynku reklam towarów i usług. Adresaci tych reklam tysiącami wypełniają sportowe areny, ale tak naprawdę liczą się setki milionów widzów, słuchaczy i czytelników otrzymujących przekaz z tych imprez, nafaszerowany gęściej reklamami niż przysłowiowe ciasto rodzynkami. Na potrzeby sportu pracuje potężny segment gospodarki produkujący odzież, obuwie, sprzęt i niezliczoną ilość potrzebnych i zbędnych gadżetów, tak chętnie kupowanych przez fanów.

Sport, a szczególnie piłka nożna w większym stopniu niż inne dziedziny życia jest podatny na wszelkie formy przekupstwa i stanowi wdzięczne pole działania dla zorganizowanej przestępczości. Struktury związków sportowych są tak zainfekowane wirusem korupcji, że nie sposób jej ukrócić bez fundamentalnych zmian ustrojowych w państwie. Inaczej nadal będzie odrastać szybciej niż głowy Hydry. Wymownym na to przykładem są dość mierne osiągnięcia wymiaru sprawiedliwości w tak zwanej aferze „Fryzjera”, która obnażyła cuchnące szambo ukryte pod szyldem Polskiego Związku Piłki Nożnej.

Wokół sportu, który jak się wydaje jest dziś integralną częścią popkultury porażonej przez narkomanię, wyrosły potężne gangi zajmujące się produkcją, przemytem i rozpowszechnianiem narkotyków, tej największej obok terroryzmu plagi XXI wieku. Sportowe areny wypełniają tłumy kiboli podochoconych alkoholem i najaranych substancjami psychoaktywnymi. Oglądanie meczy piłkarskich na haju jest dziś kultową rozrywką poszukującej mocnych wrażeń młodzieży. Ujęta w cywilizacyjne ramy walka na boisku z reguły nie rozładowuje nagromadzonej w nich agresji. Sami, więc przystępują do działania, bijąc się z policją, niszcząc i dewastując stadiony oraz miejską infrastrukturę.

Narkotykowe gangi żyją w symbiozie z rosnącymi w siłę formalnymi i spontanicznymi zrzeszeniami pseudokibiców. Moc ich społecznego oddziaływania próbują cynicznie wykorzystywać politycy do podniesienia sobie słupków sondażowych. W obronie kiboli wystąpiła prawicowa partia opozycyjna, starając się wykreować ich na miłujących Polskę patriotów. Przywódcę łobuzów z Łazienkowskiej odwiedził nawet w więzieniu były senator Zbigniew Romaszewski, a energicznie broniła posłanka Beata Kępa. Kilkanaście dni przed rozpoczęciem Euro policja przeprowadziła widowiskową akcję prewencyjną aresztując 40 osób zamieszanych w handel narkotykami, w tym osławionego „Starucha”.

Na fali entuzjazmu wywołanego przez zbliżające się Euro bogacą się właściciele i gwiazdy mediów. Z dnia na dzień dziennikarze starają się podnieść stopień podniecenia futbolowej publiczności eksponując w programach publicystycznych znanych z futbolowych annałów, a dziś skandalizujących gwiazdorów. Magnesem przyciągającym widzów, a z nimi reklamodawców uczyniono ostatnio Jana Tomaszewskiego, tego samego, który „zatrzymał Anglię” na Wembley w 1974 roku. Ten świetny ongiś bramkarz, dzisiaj poseł PiS-u jest obecnie tylko skandalistą znanym z niewyparzonej gęby i bzdur, które wygłasza.

Wydaje się, że największym beneficjentem polsko-ukraińskiego Euro pozostaje jednak europejska unia piłkarska – UEFA. Szefostwo tej ekskluzywnej organizacji podyktowało państwom-organizatorom turnieju mistrzowskiego drakońskie warunki. Cały zysk pada łupem futbolowej centrali. Całość kosztów ponoszą Polska i Ukraina. Do dyspozycji tak zwanej rodziny UEFA przyciśnięci do ściany organizatorzy musieli zadysponować najlepsze hotele, w których futbolowi dygnitarze będą rezydować, hulać i tańczyć przez cały miesiąc. Spolegliwe wobec niej władze zgodziły nawet na rezygnacje z należnych państwu podatków

Cóż takiego jest w tej grze, że przyciąga uwagę i budzi emocje milionów konsumentów? U zarania, której można doszukać się makabrycznej zabawy Brytów kopiących po pobojowisku odcięte głowy rzymskich żołnierzy. Wydaje się, że głównym magnesem jest tu element zorganizowanej, grupowej rywalizacji, w której widzowie, zarówno ci skupieni wokół boiska, a także przed ekranami telewizorów mają złudzenie czynnego uczestnictwa. To w ślad za nimi jak pszczoły do miodu ciągną współcześni kramarze skutecznie wciskający im produkty dzisiejszego, konsumpcyjnego świata i tłuste trutnie zawłaszczające owoce cudzej pracy.

U podłoża niespotykanej w dziejach sportu ekspansji i świetności futbolu widać wyraźnie chciwość i agresję, jako główne siły napędowe. Potwierdza to mierne zainteresowanie meczami towarzyskimi, gdzie ci sami zawodnicy prezentują taką sama grę, ale brakuje stawki wywołującej emocje. Może to smutne, ale paliwem pobudzającym ducha współczesnego sportu są wszelkiego rodzaju izmy z nacjonalizmem, szowinizmem, ksenofobią i antysemityzmem na czele. Pozbawiony tych pożywek wyczynowy futbol kurczy się i zanika. A piękno sportu? No cóż, pozbawione biletu wstępu błąka się wokół sportowych aren.