czwartek, 20 grudnia 2012

Moc truchleje




Anioły jeszcze wtedy latały po niebie, ale pierwszy radziecki sputnik, od 4 października biegający po ziemskiej orbicie zapowiadał rychłe zastąpienie lustratorów niebieskich, przez nową generację obserwatorów życia na ziemi, tym razem w postaci statków kosmicznych, stworzonych przez naukowo-techniczny potencjał ludzki. Przepędzenie z przestrzeni kosmicznej anielskich zastępów oznaczało wielki krok na drodze do zwycięstwa ateizmu, nad religią zdefiniowaną przez klasyka komunizmu, jako opium dla mas.

 Na razie jednak mało, kto wierzył w orbitujące, radzieckie sputniki a mało, kto nie wierzył w Anioły Pańskie. Nie szkodzi, że były niewidzialne tak samo jak pierwsze satelity, bo ich obecność w życiu ludzkim odczuwało się na każdym kroku i nic nie mogło stać się bez ich udziału. Nie było, więc możliwości, żeby rocznica Bożego Narodzenia mogła się obyć bez anielskiej asysty. Te szlachetne byty astralne musiały się cieszyć na widok mieszkańców Woli, idących po śniegu przez ciemność grudniowej nocy. Wszystkie wydeptane w śniegu za dnia ścieżki, służyły teraz ludziom idącym tylko w jednym kierunku. W stronę kościoła nazywanego jeszcze z przyzwyczajenia kaplicą, choć osiem lat minęło od ustanowienia tutaj nowej parafii.

Największy ruch panował na ulicy Wesołej, gdzie zbiegały się drogi parafian z Folwarku, Krężnej i Wygody. Z tego miejsca odległość do świątyni mieściła się w zasięgu rzutu kamieniem. Tuż przed północą w kościele panował taki ścisk, że mury omal nie popękały w wapiennych spoinach. Nie było tu klasycznych kościelnych ław. Nieliczne ławki stały pod ścianami, a zasiadali na nich staruszkowie, którzy ryzykując zasłabnięciem wybrali się jak za młodych lat na tradycyjną, nocną pasterkę. W innych okolicznościach te same ławki pospinane specjalnymi haczykami tworzyły konstrukcję, która okryta dywanem pełniła rolę katafalku

. Półmrok schodził w dół od wypukłego sklepienia na ludzką ciżbę, oczekującą na początek uroczystości. Kult tego miejsca skutecznie tłumił ochotę do rozmów. W tym wielkim oczekiwaniu słychać było, choć rzadko ciche odgłosy wycierania zakatarzonych nosów, jakiś stłumiony kaszel, szmery ocierających się o siebie ubrań i odgłosy przestępowania z nogi na nogę. Czasem zaskrzypiała deska w podłodze. Drewniana ciepła podłoga chroniła nogi przed przemarznięciem, o jakie łatwo było w świątyniach z zimnymi, kamiennymi posadzkami. Bliżej ołtarza po prawej stronie nawy zgromadziły się kobiety. Wzdłuż lewej ściany i pod chórem na tyłach kościoła dominowali mężczyźni, jakby się chcieli ukryć przed surowym, czujnym okiem księdza Jana Brachowskiego.

 Blisko prezbiterium zajmowały miejsce dzieci może, dlatego, że czyste sumienia pozwalały im patrzeć prosto w oczy proboszczowi. Jak okiem sięgnąć stali parafianie w wielkiej zgodzie, ramię w ramię, głowa przy głowie. Gdyby Anioł Pański naprawdę lustrował tłum wiernych w kościele bez trudu dostrzegłby całe wolskie klany: Banaszczyków, Gąsiorów, Ogrodniczaków, Kuciapów, Alberciaków, Kazubów, Motyków, Mielczarków, Grzączkowskich, Błaszczyków. Blaźniaków, Szczepaników, Ałaszewskich, Lalków, Merków, Musiałów, Krakowiaków. Obok siebie stali ojcowie i dzieci, dziadkowie i wnuki, matki i córki, babcie i wnuczki.

 Charakterystycznym wyglądem wyróżniali się z tłumu: wzrostem Wacek Warchoł pilot szybowcowy, pokaźną łysiną Szulc Wojciech z Bałut, a szykiem i elegancją Kasia Mielczarkowa. Wszyscy razem i każdy z osobna czekali niecierpliwie na dzwonek oznajmiający początek nabożeństwa. Zanim to nastąpiło wyszedł z zakrystii kościelny Adam Kowalski z wystudiowanym, uduchowionym wyrazem twarzy i przy pomocy knota osadzonego na końcu długiego kija przeniósł płomień na knoty świec, osadzonych w ozdobnych lichtarzach, wysoko tuż pod obrazem Serca Jezusowego. Światło świec zamigotało przed postacią Chrystusa z gorejącym sercem. Chwilę później za naciśnięciem pstryczka elektryczka z dwóch żyrandoli, zawieszonych pod sklepieniem spadła jasność na głowy wiernych.

 Przez tłum przebiegł jakiś podobny do elektrycznego impuls, ale zamarł natychmiast równo z przenikliwym głosem srebrzystych dzwonków sygnaturki, zawieszonej przy drzwiach do zakrystii. Z tych otwartych drzwi wyłonił się najpierw nieduży chłopiec w białej komży, ozdobionej czerwoną pelerynką. Za nim szli inni kolejno według wzrostu, a na końcu najstarsi wiekiem i rangą ministranci: Stasiek Kowalski i Zdzisiek Sobala, obaj z Bałut, obaj w zielonych pelerynkach. Tuż za nimi szedł dostojnie ubrany w białą nieskazitelnie odprasowaną albę i jasny zdobiony złotym haftem ornat, ksiądz Jan Brachowski z kielichem liturgicznym w dłoniach opartych na piersiach.

 Kapłan zajął miejsce naprzeciw tabernakulum, mając po obu stronach ministrantów z wypisanym na twarzach wzruszeniem, wywołanym powagą i doniosłością rozpoczynającej się liturgii. Ksiądz zgiął kolana nad pierwszym stopniem schodków, wiodących do ołtarza, a razem z nim służący do mszy ministranci. Zanim jednak dokładnie oparli kolana na wzorzystym, czerwonym dywanie zadrżały mury kościoła i wypełnił go rozdzierający, metaliczny głos trąb, wyrzucony z blaszanych wnętrz lśniących polerowanym mosiądzem trąbek, altów, puzonów, waltorni i ogromnych basów, podrasowany dodatkowo świdrującym piskiem klarnetów. – Bóg się rodzi. Moc truchleje. – Zabrzmiała z wielką mocą wysoko na galerii chóru orkiestra dęta, a ludziom zabiły mocniej serca i ciarki przeszły po plecach. Nikt z obecnych w świątyni nie wątpił w tej podniosłej chwili , że Chrystus narodził się naprawdę, nie tylko przed dwoma tysiącami lat w dalekim Betlejem, ale tu i teraz w ich świadomości..   

Tym skromnym tekstem z mojej książki "Odłamki czasu" chciałbym na czas Świąt Bożego Narodzenia odejść od polityki i skierować myśli ku ważniejszym, bardziej wzniosłym sprawom. Przy tej okazji składam wszystkim moim Czytelnikom serdeczne życzenia zdrowia, szczęścia i wszelkiej pomyślności.             

sobota, 15 grudnia 2012

Szaleństwo czy metoda?




Szaleństwo polskiej prawicy, tak bardzo rzucające się w oczy wcale nie jest takie oczywiste. Wystarczy zedrzeć z rzekomych dogmatyków maskę patriotyczno-smoleńską, żeby zauważyć, że jest to formacja bardzo wyrachowana i nieugięta w walce o własne, egoistyczne interesy. Dotyczy to oczywiście prawicowej elity, czyli dygnitarzy i celebrytów, a wśród nich polityków, ze szczególnym wskazaniem na głównych liderów tej formacji. Całkiem inaczej jest natomiast z głosującym na prawicę elektoratem. Jego twarde jądro to ludzie, którzy z upodobaniem nadstawiają ucha na wszelkie nowiny rodem z magla i targowiska, rozpowszechniane niegdyś przez wędrownych dziadów, których role przejęły dziś żywiące się wpływami z reklam papierowe tabloidy i goniące za wskaźnikami oglądalności elektroniczne publikatory. Dotyczy to znaczącej części ludności, wywodzącej się głownie ze społecznych dołów, choć wcale nie rzadko spotkać wśród nich można ludzi formalnie wykształconych z tytułami profesorskimi włącznie. Cuda, mity, zabobony i spiskowa teoria dziejów więcej dla nich znaczą od efektów racjonalnego myślenia. W charakterze drożdży pobudzających to podatne na urabianie ciasto, występują nawiedzeni, samozwańczy prorocy, posługujący się całym zestawem populistycznych chwytów z arsenału zgromadzonego pod znakiem „Bóg, Honor, Ojczyzna”.

Mistrzem destrukcji polskiej prawicy jest niewątpliwie Jarosław Kaczyński. Potrafi jak nikt inny wykreować z podrzędnego wydarzenia medialny hit. Nic to, że posiada największy w kraju elektorat negatywny, skoro kontrowersyjny wizerunek zapewnia mu stałe miejsce w czołówkach medialnych programów informacyjnych. Ta nieprzerwana passa medialna winduje go na polityczny piedestał i kreuje na męża stanu o rzekomo wielkim znaczeniu dla Polski. Kaczyński i jego świta posługują się bez żenady dosadnym językiem, często kipiącym nienawiścią do wszystkich, którzy mu się nie zamierzają podporządkować i nie podzielają systemu wartości, który on ogłasza jako jedyny godny patrioty, Polaka-katolika, Wszyscy inni to jego zdaniem zdrajcy i zaprzańcy. Nie waha się przy tym używać w tej bezpardonowej walce na słowa ewidentnych kłamstw i bezczelnych insynuacji. Prezes Pis-u to klasyczny demagog i populista rzucający słowa na wiatr i budzący demony nienawiści.

Marsz jego wyznawców w Warszawie, mający upamiętnić ofiary stanu wojennego był w istocie rzeczy kolejnym elementem w układance, która ma go doprowadzić na szczyty władzy. Wielu znanych opozycjonistów kwestionuje istnienie jakichkolwiek zasług Kaczyńskiego w walce z reżymem przed 13 grudnia 1981 roku, a on sam nie może przedstawić na to żadnych dowodów. Nie został internowany, co oznacza, że nie był nawet trzeciorzędnym działaczem. Ten człowiek wyraźnie przespał czas walki o wolność, dlatego buduje dzisiaj swoiste teatrum groteski na politycznej scenie, nawołując do walki o coś,co już dawno zostało zdobyte bez jego udziału. Bajdurzy o więźniach politycznych i cenzurze, krzyczy o braku wolności słowa w czasie, kiedy jego zwolennicy nawołują bezkarnie do zabicia prezydenta, premiera i rozstrzelania dziennikarzy, niepodzielających jego chorej wizji sytuacji w naszym kraju.

Platformą nośną dźwigającą prawicową scenę polityczną jest niewątpliwie nieustająca wrzawa medialna wokół tragedii smoleńskiej. Wszelkimi sposobami i z pewnym powodzeniem prawica usiłuje zbudować na tej tragicznej katastrofie męczeński mit, a ofiarom tragicznego wypadku nadać status bohaterów narodowych, którzy rzekomo oddali swoje życie za ideały wolności i suwerenności, ginąc w zbrodniczym zamachu. Zwolennicy teorii dwóch wybuchów nie wiedzą jeszcze, kto i jak wysadził samolot, ale wiedzą już na pewno, kto i dlaczego zlecił dokonanie potwornej zbrodni na „najwybitniejszym prezydencie”. Każdy chwyt, który przybliża tę formację do pełni władzy w kraju jest dozwolony i uprawniony. Cel uświęca środki. Jaki jest ten cel naprawdę, dziś ukryty skrzętnie pod kamuflażem zabiegów o pełną wolność i suwerenność Polski wielkiej i godnej? Rąbka tajemnicy uchyla nam fotografia pupila Prawa i Sprawiedliwości posła, a dawnego agenta Tomka z nagim torsem, napawającego się widokiem góry pieniędzy wyrwanych z kieszeni podatnika.