środa, 30 października 2013

Po tamtej stronie



 

              Od nagłej i niespodziewanej śmierci zachowaj nas Panie. Te słowa modlitwy towarzyszyły nam w życiu religijnym, powtarzane machinalnie podczas obrzędów liturgicznych. Miały przypominać o konieczności oczyszczenia się z grzechów, żeby przechodzić na drugą stronę w stanie łaski uświęcającej, tej gwarancji zbawienia.  Właśnie, dlatego śmierć spodziewana miała być lepsza od śmierci nagłej,  jakby sama w sobie nie była złem największym i ostatecznym. Powtarzaliśmy, więc za księdzem Janem Brachowskim słowa o zmartwychwstaniu i życiu wiecznym, ale w obliczu zejścia zawsze silniejszy był strach. Nie był to zwykły strach.

              Nie był to strach przed wielką zmianą z odzyskaniem świadomości w innym wymiarze, ale instynktowny, zwierzęcy, ślepy strach przed totalnym unicestwieniem, wywołujący paniczną reakcję obronną w każdej sytuacji, nawet wtedy, kiedy nie ma już nawet cienia nadziei na powstrzymanie nieuchronnego biegu wydarzeń, bo czy ktoś chce czy nie chce wszystko, co miało początek musi mieć też koniec. Im bliżej końca tym mniej znaczą wpajane przez całe życie wiara i nadzieja. a rośnie obezwładniający człowieka lęk i bez reszty ogarnia świadomość. Strach przed unicestwieniem stanowi zaczyn i tworzywo wszystkich ruchów religijnych, obiecujących wiernym życie wieczne. Ta obietnica daje nadzieję, która jednak przepada gdzieś w godzinie próby,  pod naporem płynącego z głębi jestestwa instynktu krzyczącego, że śmierć jest aktem wchłonięcia świadomości przez otchłań nicości. Śmiertelne drgawki podczas agonii nie są niczym innym,  jak tylko potwierdzeniem zwycięstwa tego ślepego instynktu nad wiarą, iż po drugiej stronie jest jakaś kontynuacja, że w ogóle istnieje jakaś druga strona.

              W dzieciństwie śmierć kojarzyła mi się z intensywnym zapachem świeżo ściętych świerkowych gałęzi powszechnie używanych do wyplatania wieńców pogrzebowych, z zaduchem zaciemnionych mieszkań,  wypełnionych nasyconym zapachem dymu palących się świec, łagodnym i mdłym zapachem wosku i ostrym szczypiącym w oczy odorem stearyny.
 Zmarły spoczywał w trumnie ustawionej wysoko na paradnym, używanym niezmiernie rzadko stole pokojowym. Przy trumnie na drewnianych kwietnikach stały doniczki z roślinami ozdobnymi o liściach ciemnozielonych, dużych jak u chrzanu obficie pleniącego się na tłustych glebach Magicznego Zakątka. W lichtarzach smętnie płonęły świece.

 Przedmioty składające się na żałobny wystrój mieszkania często pochodziły od krewnych i sąsiadów, jeśli nie starczało tych znajdujących się w domu zmarłego. Ciasne na ogół mieszkania wypełniali przychodzący z różnych powodów ludzie. Najczęściej ze zwykłej ciekawości. Oczami szacowali wartość trumny i ubrania nieboszczyka. Studiowali zastygły wyraz jego twarzy, szukając śladów przebytego cierpienia lub subtelnego uśmiechu, wywołanego ulgą przychodzącą razem ze skonaniem. Wszędobylskim dzieciakom trudno było dostrzec twarz zmarłego.

 Z reguły widziały tylko wystające ponad krawędź trumny nowiutkie, żółte i gładkie skórzane zelówki butów, zakupionych specjalnie na okoliczność pochówku. Nikt nie śmiał złamać zwyczaju wyposażania nieboszczyka w fabrycznie nowe buty, choćby za życia chodził na ogół w dziurawych. Bywało, że z powodu ciasnoty w mieszkaniach wieko trumny wystawiano na zewnątrz, gdzie oparte o ścianę wieszczyło przechodniom wizytę bezlitosnej kostuchy,   znanej im z wizerunku umieszczonego na czarnej, żałobnej, kościelnej chorągwi.

              Odarty z życia jej szkielet napawał taką grozą, że nie było zbyt wielu chętnych do noszenia sztandaru z jej podobizną. Już od samego słowa śmierć wiało grozą, więc należało jak najszybciej o niej zapomnieć tym bardziej, że nie dotyczyła przecież nas bezpośrednio. Wprawdzie ludzie umierali wokół nas, ale zdarzało się to wyłącznie innym: sąsiadom, znajomym, dalszym krewnym, lecz nie nam. Mimo nieuchronności zejścia z tego świata nie wolno nam było myślec nawet w najdalszej perspektywie, że nadejdzie taki dzień, kiedy wieko trumny zostanie oparte o ścianę naszego domu. Śmierć na ogół chadzała nocami i choć nie było wtedy pisanych nekrologów wieść o jej wizycie pędziła rankiem lotem błyskawicy z domu do domu,  z ust do ust.

              Cmentarz zmieniał nieustannie swoje oblicze. Wśród grobów otoczonych zwykłą podmurówką przybywało nagrobków z wszechobecnego lastriko, choć tu i ówdzie pyszniły się już pomniki ze szlifowanego na lustro drogiego kamienia. Te granity, piaskowce i marmury o przedziwnych niekiedy kształtach wyparły z czasem siermiężne grysowo-cementowe płyty. Zaczęło już brakować miejsca na mogiły, więc pozyskano dodatkową przestrzeń przenosząc cmentarny płot bliżej krawędzi ulicy.  Chodziłem tam nie raz, choćby na chwilę zadumy, pod zniczem pamięci oświetlającym słowa gorzkiej nadziei.- Wieczny odpoczynek racz im dać Panie, a światło wiekuiste niech im świeci na wieki wieków. Pochłonięty sprawami tego świata nie dostrzegłem, że ucieka mi coś ważnego, drogiego.

              Aż pewnego dnia idąc ulicami Woli zauważyłem, że wśród przechodniów pełno jest zupełnie nieznanych mi ludzi,  a tylko niekiedy zdarza mi się zobaczyć jakąś znajomą twarz zmienioną jednak znakami czasu. Wtedy właśnie doznałem olśnienia, że to już nie jest moja Wola, w której znałem wszystkich mieszkańców. A oni, moi kuzyni, szkolni koledzy, nauczyciele, urzędnicy, sportowcy Wolanki, sprzedawcy ze sklepów i stacze sprzed obelisku Kościuszki zrobili mi jakiś potworny kawał i przenieśli się na ten niewielki, piaszczysty pagórek za Rymarzem. Zaświtało mi w głowie, że tam jest teraz moje dzieciństwo i wczesna młodość. Wróciłem, więc na cmentarz i snułem się między grobami w nadziei, że usłyszę jakieś echa dawnego życia mojej wsi. Rżenie koni o poranku, skrzypienie studziennego kołowrotu, stukanie wydłubanych w lipowym drewnie sabotów wiekowego Wojciecha Bartyzela, fabryczny gwizdek wzywający robotników na dzienną zmianę.

               Może usłyszę kościelną sygnaturkę ponaglającą idące na poranną mszę starsze kobiety, warkot nadjeżdżającego z Bełchatowa zdezelowanego autobusu. Wpadną mi w ucho kłótnie kobiet walczących o lepsze miejsce w kolejce do mięsnego sklepu i ujadanie psów nad stawem. Nic takiego się jednak nie zdarzyło. Wokół mnie zgromadziły się tylko nazwiska na kamiennych tablicach, a nad nimi wisiała cmentarna cisza. Wtedy właśnie dopadł mnie lęk, przerażający strach przed nicością,  zaczajoną za ostatnim tchnieniem życia, za ostatnim doznaniem świadomości. Nie do końca jednak złamało się moje ego pod naporem trwogi, bo gdzieś głęboko w świadomości tliła się iskierka nadziei, że przecież bez zmartwychwstania życie nie miałoby sensu.

                Może, więc trzeba wierzyć, ze nadejdzie taki moment, kiedy Wszechmogący Programista uderzy w kosmiczną klawiaturę, uruchamiając proces, który pozwoli odtworzyć każdą ludzką myśl, każde istnienie, każdą chwilę przeszłości, a siłą sprawczą tych zjawisk,  zachodzących w elementarnym tworzywie wszechświata staną się nagromadzone w czasoprzestrzeni zasoby wyższych uczuć,  a szczególnie bezinteresownej miłości.

sobota, 12 października 2013

MVI 0361 Karmienie

poniedziałek, 7 października 2013

Bitwa warszawska





             Onegdaj media obiegła informacja o decyzji pewnego dyrektora szkoły, który powołał do życia klasę dla jednego ucznia. Czytając nagłówek można było odnieść wrażenie, że zapowiadana na dalsze lata katastrofa demograficzna spadła już na nasz kraj nagle, i to z prędkością iście kosmiczną. Wprawdzie mało, kto teraz czyta coś więcej, poza gigantycznymi tytułami, ale ci nieliczni czytelnicy, którzy chcieli dotrzeć do sedna sprawy dowiedzieli się czegoś zupełnie innego. Otóż łebski dyrektor jednym cięciem przeciął węzeł gordyjski, zawiązany przez dziewięcioletniego łobuza, bijącego szkolnych kolegów oraz terroryzującego, przy pomocy ostrych odłamów potłuczonych szyb. Bezkarny gówniarz tak się rozzuchwalił, że grono pedagogiczne musiało wystraszonej dzieciarni użyczyć pokoju nauczycielskiego, jako bezpiecznego miejsca do spożywania śniadań. Przeto odważny belfer utworzył specjalną klasę dla początkującego bandyty, nie licząc się kosztami, opłaconymi pieniędzmi podatnika. Decyzja ta spotkała się ze zmasowaną krytyką, bynajmniej nie z powodu nieuzasadnionych społecznie kosztów, lecz ze względu na rzekomo krzywdzące wobec zestresowanego uczniaka, odizolowanie go od uczniowskiego środowiska. W rezultacie oburzeni rodzice ancymonka przestali go posyłać do nieprzyjaznej mu szkoły.

Ten zdawałoby się mało znaczący incydent szkolny urasta jednak do rangi symbolu naszych czasów, w których wszystko, co proste, zrozumiałe i skuteczne zostało opatrzone etykietą prostactwa, odrzucone i ostatecznie zastąpione zbiorem eufemizmów, na nowo opisujących świat wokół nas. Według tego zbioru nie ma łobuzów - są osoby społecznie nieprzystosowane. Nie ma bandytów – są sprawcy przestępstw. Słuszność i prawda są już tylko elementami gry słów, a rozliczne instytucje, na wszystko znajdują odpowiednie słowo i procedurę. Dominuje edukacja z mydlanych, telewizyjnych seriali. Problemy, które kiedyś można było wytłumaczyć i rozwiązać w prosty sposób, dziś wymagają pseudonaukowej interpretacji i skomplikowanej terapii. To, z czym kiedyś, z powodzeniem radził sobie chłopski rozum, teraz często nie podaje się uczonym, magisterskim głowom. Formę od treści dzieli dziś przepaść. Wymyślne i bogato prezentujące się opakowanie ma się nijak do ubogiej i marnej zwartości. Dotyczy to zarówno sfery materialnej jak i duchowej. Miałkość i nijakość przesłania duchowego odzwierciedla, a często także determinuje marną jakość dóbr materialnych powszechnego użytku.

W imię hasła, że przemoc rodzi przemoc, systemowo ulegamy przemocy. Bezkarność rozzuchwala chuliganów, łobuzów i początkujących bandytów. Mamy do czynienia z wyraźną nadinterpretacją praw przestępcy w stosunku do praw ofiary. Doświadczamy na własnej skórze, że permanentnym pobłażaniem nie da osiągnąć społecznej harmonii. Z ery nadużywania przemocy społeczności w stosunku do jednostki przeszliśmy gładko do odwrotności, kiedy to jednostka zaczyna terroryzować ubezwłasnowolnione z własnej woli społeczeństwo. Wśród młodych ludzi łobuzowanie było i jest zjawiskiem naturalnym. Różnica polega, więc n tym, że w przeszłości rodzic lub wychowawca dość skutecznie likwidował początki rozwydrzenia paskiem od spodni. Dziś za taki czyn sam zostałby ukarany. Pozostają, więc pseudonaukowe metody terapeutyczne, z których łobuziaki śmieją się do rozpuku. Co będzie dalej? Czy dyrektor więzienia każe wybudować nowy areszt dla osadzonego, któremu zachce się dręczyć innych więźniów? A może dowódca jednostki wojskowej zorganizuje odrębny tok służby dla żołnierza, który źle będzie znosił towarzystwo innych wojaków?

Takie i podobne pytania powinni zadawać sobie nieustannie ludzie, którym powierzono ster rządów naszego państwa. Tymczasem polityczna elita w najlepsze bawi się w „bitwę warszawską”. Na rok przed wyborami samorządowymi odwoływanie nieźle wywiązującej się ze swoich zadań prezydent Warszawy zdaje się nie mieć żadnego sensu. Tak się tylko wydaje normalnemu człowiekowi, ale nie politykom, którzy urządzili sobie w stolicy poligon doświadczalny przed kolejnymi, ogólnokrajowymi wyborami, w których zwycięstwo może im przynieść władzę i nieograniczony dostęp do państwowej kasy, na kilka następnych lat. Na tej szkaradnej wojence wszystkie metody są dozwolone. Nawet posługiwanie się symbolem Warszawy walczącej na śmierć i życie z niemieckim okupantem. Właśnie ten element kampanii wyborczej najlepiej obrazuje prawdziwe intencje ludzi, którzy rozpętali tę kosztowną, społecznie zbędną awanturę. Czy od ludzi, którzy nieustannie skaczą sobie do gardeł i wzajemnie poniewierają w politycznym klinczu można oczekiwać rozwiązania prawdziwych problemów nurtujących społeczeństwo?