sobota, 27 października 2012

Rewolucja ciemniaków




Uwaga! Uwaga nadchodzi! - Jarosław Polskę zbaw – krzyczą rozentuzjazmowane tłumy wielbicieli charyzmatycznego prezesa, a on objeżdża kraj, mąci w głowach ludowi i podburza go przeciw tym, co stoją mu na drodze do zdobycia autorytarnej władzy. Tej władzy, której upojnego smaku zdołał już spróbować, kiedy sięgnęli z bratem bliźniakiem po najwyższe urzędy w państwie. Usunięty przez Wałęsę ze szpicy postsolidarnościowego establishmentu zebrał i zjednoczył tych uczestników styropianowego etosu, który nie zdołali wywalczyć sobie dostępu do rogu obfitości, jaki nowa elita zbudowała dla zaspokojenia swoich, stale rosnących potrzeb. Konsekwentnie i wytrwale budował własną, populistyczną formację przygarniając niezadowolonych z podziału dóbr, również rozczarowanych rządami Millera i Belki zwolenników lewicy. Wystarczyło, żeby dojść do władzy, ale zabrakło, aby utrzymać się na dość chwiejnym tronie.

Po przegraniu kolejnych, ubiegłorocznych wyborów parlamentarnych wydawało się, że kariera polityczna Jarosława znalazła się na równi pochyłej. Zwłaszcza po rozstaniu z grupą Kluzik Rostkowskiej, a później buntem delfina Zbigniewa Ziobry. Tymczasem jednak Kaczyński nie tylko zgrabnie się wywinął z tarapatów, pozbywając się przy okazji nieposłusznych pomagierów, ale przeszedł do kolejnej ofensywy przeciwko znienawidzonemu Tuskowi. Tym razem sięgnął po nośne argumenty o pogarszającej się sytuacji materialnej społeczeństwa, a granie kontrowersyjną kartą smoleńską pozostawił wyrazistemu Antoniemu Macierewiczowi i nawiedzonym patriotom skupionym wokół Gazety Polskiej. Za niewątpliwe osiągnięcie prezesa Pis-u można uznać dwustutysięczny marsz protestacyjny w Warszawie, gdzie na jego sukces pracowały tłumy zwolenników Ojca Dyrektora, wsparci przez bojowych związkowców Piotra Dudy.

Nie da się zaprzeczyć, że Jarosław Kaczyński dobrze przygotował się do jesiennej odsłony nieustających zmagań o powrót do ukochanej władzy, ale przez myśl mu chyba nie przeszło, że polityczny przeciwnik sam mu dostarczy topór, którym on mu odetnie trzecią część poparcia elektoratu w październikowych słupkach sondażowych. Czarę goryczy z rozczarowania rządzącą ekipą przepełniła afera Amber Gold, która obnażyła dotkliwie wszystkie słabości polskiego państwa. Potwierdziło się to, o czym od dawna wiedzieli uważni obserwatorzy politycznego spektrum, że dewizą panującego w Polsce liberalnego systemu jest bylejakość, a nonszalancja i pazerność funkcjonariuszy podlane korupcyjnym sosem jego wewnętrznym spoiwem. Jakby dla podkreślenia systemowej niepełnosprawności niebo zapłakało nad wybudowanym za dwa miliardy Stadionem Narodowym z dachem, którego nie można korzystać, gdy pada deszcz.

W takiej sytuacji narodowi nie pozostaje nic innego jak powiedzieć rządzącej koalicji. – Panowie wam już dziękujemy i zgodnie z regułami demokracji oddać władzę największej partii opozycyjnej, która głosi, że posiada wiedzę niezbędną ku temu, żeby Polska stała się krajem w pełni suwerennym, sprawiedliwym oraz mlekiem i miodem płynącym. Tyle tylko, że oferenci podający się za patriotów i „prawdziwych Polaków” mieli już pełnię władzy w naszym kraju, a nieprzerwanie od wielu lat zarządzają licznymi powiatami, miastami i gminami. Z doświadczeń tego rządzenia bynajmniej nie wynika gwarancja, że obietnice i buńczuczne zapowiedzi składane przez Jarosława Kaczyńskiego i jego przybocznych zostaną spełnione, po tym jak już według jego słów będziemy mieli w Warszawie Budapeszt. Co więcej istnieje wiele poważnych przesłanek, które zdają się zaprzeczać ich wiarygodności?


Postsolidarnościowa władza III Rzeczpospolitej ma na sumieniu szybkie porzucenie egalitaryzmu. Nieoficjalnym znakiem przystępujących do konfrontacji z komuną robotników było hasło: - Wszyscy mamy jednakowe żołądki. Oznaczało to nie mniej i nie więcej jak presję na zrównanie dochodów, albo przynajmniej zmniejszenie różnic w poziomie życia pomiędzy partyjną nomenklaturą, a społecznymi dołami. Stało się dokładnie odwrotnie. Do tego zasadniczego podziału aspirujący do władzy blok katolicko-narodowy, ani chybi chciałby dorzucić nowe nie mniej upokarzające. Na swoich i obcych, patriotów i zdrajców, katolików i nihilistów, białych i kolorowych, żyjących po Bożemu i zboczeńców. Obywatele ośmielający się mieć, a co gorsze głosić inne niż Ojciec Dyrektor poglądy zostaliby zepchnięci do getta, a może nawet poddani obowiązkowej resocjalizacji. Wobec faktu, że rząd pisowski obniżył swego czasu podatki najbogatszym,  nie należy brać poważnie zapowiedzi zbudowania Polski solidarnej z bardziej sprawiedliwym podziałem dóbr.

Nie należy także liczyć na uzdrowienie wymiaru sprawiedliwości. Owszem aparat ścigania stałby się bardziej represyjny, ale głownie w stosunku do przeciwników politycznych. Pozostaje wciąż w pamięci samobójstwo eseldowskiej posłanki Barbary Blidy, zaszczutej przez wysłanników wojowniczego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry, zagrożonego teraz odpowiedzialnością przed Trybunałem Stanu. Pamiętać też trzeba, że korupcja nie jest jedynie domeną liberałów. Krótki żywot IV RP także obfitował w spektakularne afery. Za więziennymi kratami zakończył polityczną karierę minister sportu w rządzie Jarosława Kaczyńskiego. To prezes P0S-u  pomawiany jest o autorstwo słynnej frazy „teraz ku… my wygłoszonej po wygranych przez jego formację wyborach. Zaraz potem wyrzucono tysiące pracowników budżetówki zastępując ich swoimi ludźmi, często o marnych kwalifikacjach. Jaki pożytek mógłby odnieść kraj po zastąpieniu sitwy liberalno-ludowej kliką pisowską?

Nie widać ewentualnych korzyści, jakie mógłby odnieść kraj z powrotu do doktryny dwóch wrogów i głoszenia wszem i wobec tezy o Polsce, jako niemiecko-rosyjskim kondominium. Nie przysłużyła się nam wojenka braci Kaczyńskich z Rosją, prowadzona w imię jakiś operetkowych planów budowania polskiej strefy wpływów na części obszaru dawnego Związku Radzieckiego. W ślad za zaostrzaniem przez polityków PiS-u antyrosyjskiej retoryki nie poszły duże państwa unijne, które upatrują w Rosji mocny element przeciwwagi dla ewentualnych zawirowań w dostawach ropy i gazu z Afryki i Bliskiego Wschodu,  wstrząsanego od czasu do czasu przez antyzachodni, islamski fundamentalizm. W wyniku tej nieprzemyślanej polityki wymachiwania szabelką,  przed nosem rosyjskiego niedźwiedzia doszło do załamania się niezwykle korzystnego dla Polski eksportu płodów rolnych i produktów żywnościowych, niwelującego w znacznym stopniu nasz deficyt w obrotach handlowych z tym krajem.

Każdy, kto w jakikolwiek sposób może zaszkodzić Tuskowi i Platformie staje się z automatu sojusznikiem PiS-u w walce o władzę. Nie dziwi, więc nobilitacja stadionowych chuliganów do rangi patriotów i branie w obronę tych pospolitych, ale jakże groźnych przestępców przez prominentnych przedstawicieli propisowskiej prawicy. Na drugim biegunie tego egzotycznego sojuszu grzmią z ambon, co bardziej wojowniczy hierarchowie Kościoła, upatrującego na prawicy skutecznego wsparcia w dążeniu od obłożenia prawnymi sankcjami nakazów i zakazów płynących z katolickiego dogmatu wiary. Pod antyliberalnym sztandarem obok emerytów manipulowanych przez księdza Rydzyka gromadzą się eurosceptycy, którzy upatrują w Unii hegemona, rzekomo czyhającego na suwerenność naszego kraju. Niechęć do Brukseli nie przeszkadza tym ludziom w czerpaniu korzyści z tytułu unijnych subwencji, dopłat do produkcji rolnej czy apanaży z tytułu wiszenia na klamkach unijnych instytucji.

Reasumując, nie widać jakichś wymiernych korzyści zarówno dla biednych, jaki i bogaczy z oddania sterów władzy Jarosławowi Kaczyńskiemu z wyjątkiem niestety dość licznego narodu pisowskiego, który niecierpliwie przebiera nóżkami i oblizuje się na myśl o dobrodziejstwach, jakie staną się jego udziałem po obaleniu znienawidzonego Tuska. Taka zmiana nigdy nie wydawała się liderowi tego ruchu tak bliska jak obecnie. Wystarczy obudzić jeszcze jakąś część Polaków, a właściwie pobudzić przy pomocy patriotycznych, pustych sloganów i populistycznych, niemożliwych do spełnienia obietnic. Pobudzić do maszerowania i demonstracji tę część narodu, która daje się manipulować przy pomocy teorii spiskowych i mitów, domniemanych cudów i zabobonów. Popchnąć ludzi do swoistej rewolucji w imię zakłamanych haseł i głęboko ukrytych osobistych korzyści politycznych hipokrytów i demagogów. Zjednoczyć w jednym szeregu moherowe berety, agresywnych kiboli, religijnych dogmatyków i profesorów od siedmiu boleści, żeby wymusić polityczne zmiany. Tylko czy Polska potrzebuje właśnie takiej alternatywy? Czy to rozsądne zastępować mniejsze zło większym? Jesienno- zimowe ochłodzenie rozpalonych głów może posłużyć do znalezienia lepszego rozwiązania polskich problemów.

poniedziałek, 1 października 2012

Oblicze tej ziemi




Blisko ćwierć wieku temu papież Jan Paweł II wygłosił znamienne dla Polaków słowa. – Niech zstąpi Duch Twój i odmieni oblicze ziemi. Tej ziemi. Wkrótce po tym historia przyśpieszyła swój bieg. Niespodziewany i zaskakujący rozwój wydarzeń doprowadził do upadku bloku sowieckiego, pozostawiając Polskę na rozstajnych drogach bez drogowskazu, a co gorzej bez punktu docelowego, do którego należałoby zmierzać w poszukiwaniu lepszej przyszłości. Pozbawieni nowej idei zajęli się Polacy radosnym i beztroskim demontażem obumierającego, starego systemu polityczno-gospodarczego, pozostawiając troskę o stworzenie nowego Duchowi Świętemu. Niestety Opatrzność nie miała zamiaru wyręczać nas w urządzaniu sobie życia, więc otworzyła się szansa dla innych, mniej zdolnych kreatorów.

Życie nie znosi próżni. W miejscu opuszczonym przez Absolut pojawił się niezwłocznie duch konsumpcjonizmu, niesiony na skrzydłach zachodniego kapitału. Zamiast Trójcy siłę sprawczą zyskała trójka świeżo upieczonych liberałów w osobach: Leszka Balcerowicza, Janusza Lewandowskiego i Jana Krzysztofa Bieleckiego. Prywatyzację ogłoszono panaceum na wszystkie bolączki rozchwianej przez długotrwałe strajki i protesty, a i bez tego niewydolnej gospodarki. Denacjonalizacja i deregulacja zostały przeprowadzone w stylu bezpardonowego szabru majątku narodowego, a uzyskane z tego tytułu pieniądze stanowiące zaledwie kilka procent jego rzeczywistej wartości zostały przeznaczone na bieżącą konsumpcję. Zbyt małe to były jednak środki dla zrównoważenia dziurawego budżetu, rozpoczął się, więc proces wielkiego zadłużania.

Przemiany ustrojowe odbiły się niekorzystnie na mentalności Polaków. W dobie globalizacji świat kieruje się doktryną Adama Smitha wskazującą na egoizm i chciwość, jako na konie pociągowe rozwoju gospodarczego. Wprawdzie nikt nie kwestionuje, że człowiek jest istotą społeczną, ale nikt też nie mówi już o solidarności społecznej i współdziałaniu na rzec obywatelskiej wspólnoty. Porozumienia sierpniowe, spisane w duchu egalitaryzmu dawno już poszły w zapomnienie. Pogoń za zyskiem doprowadziła do niebywałego we współczesnej historii rozwarstwienia społeczeństwa, prawdziwej segregacji ekonomicznej, stwarzając enklawy, od bezwstydnego luksusu, przez strefę umiarkowanego dobrobytu, do biedy i wykluczenia. Inwencja i siła sprawcza populacji została zaprzęgnięta do wehikułu zbudowanego z przebiegłości, cwaniactwa, jako atrybutów niezbędnych do osiągnięcia wysokiej pozycji społecznej i błogiego dobrostanu.

Zacznijmy od piramid finansowych i podmiotów zajmujących się lichwą. Za komuny oszukańczy proceder ograniczał się do nielicznych grup, wyłudzających pieniądze od naiwnych przy pomocy gry w trzy kary na bazarach i targowiskach. Na okrasę można jeszcze dorzucić natrętne Cyganki wróżące w miejscach publicznych. Po ogłoszeniu wolności gospodarczej ruszyły w teren forpoczty, a za nimi niezliczone brygady oszustów. Wystarczy wymienić: oferentów kredytów z drakońskim oprocentowaniem, naciągaczy wciskających za ciężkie pieniądze zupełnie towary zbędne towary, oszukańcze firmy wyłudzające pieniądze przez telefon, w zmowie z operatorami wystawiające jako przynętę rzekomo wylosowane wysokie nagrody pieniężne lub samochody. Trzeba dodać jeszcze przedstawicieli firm podsuwających zdezorientowanym klientom wybitnie niekorzystne dla nich umowy i bogacących się na emisji oszukańczych reklam właścicieli mediów.

Aparat państwa rozbudowany do granic absurdu nie tyko jest bezradny wobec tych zagrożeń, ale sam bierze czynny udział w kreowaniu tej patologii, uchylając furtkę dostępu do publicznych pieniędzy oszustom i hochsztaplerom. Nie wiadomo, kto gorszy, przekupny urzędnik czy nieuczciwy przedsiębiorca, oszust działający w makro skali czy prokurator przymykający życzliwie na to oczy? Kto bardziej szkodzi, handlarz sprzedający trefne towary czy pozwalający mu na to opłacany przez państwo kontroler? Gangsterzy i adwokaci dzielą się pochodzącymi z przestępstw pieniędzmi i żyją sobie na wysokiej stopie. Bandyci z Pruszkowa, prawdziwe rekiny narkobiznesu, spece od mokrej roboty i wymuszeń rozbójniczych zostają przez sędziów uniewinnieni, po wieloletnim kosztownym procesie. Czy takie państwo można nazwać praworządnym?

Prawdziwą plagą jest fałszowanie towarów i usług, od tych służących do codziennego użytku po produkty bankowe. Cała pomysłowość producentów skierowana jest ku oddziaływaniu na zmysły klienta. Liczy się przede wszystkim wygląd zewnętrzny i opakowanie towaru, a jego funkcjonalność i  trwałość pozostają na dalekim planie. Najgorzej jest z żywnością, za jej obfitość płacimy niestety katastrofalnym obniżeniem jakości i malejącą zawartością niezbędnych dla prawidłowego odżywiania składników pokarmowych. Przewożenie na ogromne odległości produktów żywnościowych i długotrwałe eksponowanie wymaga szkodliwego dla zdrowia nasycenia konserwującą chemią. Bez przesady można zaryzykować twierdzenie, że w apetycznie wyglądających i pięknie opakowanych smakołykach znajduje się cała tablica Mendelejewa. Oszukańcze spoty reklamowe pokazują w mediach przetaczane w piwnicach beczki, w których rzekomo znajduje się piwo, albo szynkę z beczki, która nawet nie powąchała tradycyjnej wędzarni.

Władza ustanawia takie reguły gry, które pozwalają jednym obywatelom bogacić się kosztem innych. Każda regulacja prawna jest dziurawa jak durszlak, co stwarza szansę najbardziej sprytnym i bezwzględnym graczom obrotu gospodarczego osiągać niezasłużone korzyści. Pod przykrywką pomocy niepełnosprawnym pompuje się pieniądze z budżetu do kieszeni przedsiębiorców prowadzących rzekomo zakłady pracy chronionej, gdzie pracują młodzi, zdrowi ludzie, którzy przy pomocy skorumpowanych lekarzy załatwili sobie orzeczenia o niepełnosprawności. Nawet niepełnosprawny umysłowo wie, że nikt o zdrowych zmysłach nie zatrudni starego, schorowanego zgreda jako ochroniarza. Podobnie jest ze środkami na przeciwdziałanie bezrobociu wypłacanymi przebiegłym organizatorom zupełnie nieprzydatnych kursów, rzekomo pomocnym bezrobotnym w uzyskaniu kwalifikacji pożądanych przez pracodawców. Zupełnym absurdem jest udzielanie bezrobotnym bezzwrotnych kredytów na otwieranie sklepów, których i tak jest w nadmiarze. Po rocznej wegetacji tego typu jednoosobowe firmy przestają istnieć, a wraz z nimi przepadają powierzone na rozwój przedsiębiorczości fundusze.

Wystarczy bliżej się przyjrzeć jakiejkolwiek dziedzinie życia, żeby zauważyć jak bardzo jest przeżarta korupcją ile jest w niej pozoranctwa i bylejakości. Katastrofalny jest stan nauki. Nie lepiej dzieje się w oświacie, a o sporcie lepiej wcale nie wspominać. Jedyną dziedziną gdzie panuje ostra, acz niezdrowa konkurencja jest drenowanie budżetu. Tu pomysłowość Polaków nie zna granic ni kordonów. W tej kategorii społeczeństwo dzieli się na uprzywilejowanych, czyli takich, co mają dostęp do zasilanych z podatków publicznych źródełek i na poszkodowanych, którzy podatki muszą płacić, a nie mają szans na dobranie się do państwowych konfitur. Na nieszczęście nie widać w kraju formacji politycznej, która zdolna byłaby zdecydowanie odrzucić ten chory model i zaproponować Polakom pozytywny wzorzec postępowania poparty jednoznacznym i czytelnym systemem prawnym. Władzę mamy, bowiem fatalną, a opozycję jeszcze gorszą.

 Szerokie kręgi społeczne zdają się nie dostrzegać, że nawet ten wybiórczy dobrobyt, widoczny w licznych, świetnie zaopatrzonych sklepach, luksusowych domostwach, na twarzach turystów gromadnie wypoczywających w ciepłych krajach i na fasadach propagandowych budowli III RP zbudowany jest wyłącznie na kredyt i obciążony rosnącym z roku na rok gigantycznym zadłużeniem państwa i obywateli. Jak długo potrwa ta idylla? Na razie nikt nie wie i niewielu jest takich, którzy myślą o tym czy można jeszcze uniknąć krachu i szukają sposobu, jak mu zapobiec. Widać jak na dłoni, że dramatyczny przykład Grecji i kłopoty budżetowe innych krajów południa Europy niczego nas nie nauczyły.