czwartek, 19 lipca 2012

Kogut na gnoju



            Pewien wybitny francuski publicysta stwierdził kiedyś z sarkazmem – Francja to kogut na gnoju. Po czym dodał – Zabierzcie gnój, a kogut zdechnie. Jakże trafna jest ta lapidarna, co nieco przekorna charakterystyka kraju nad Sekwaną i Loarą, która przyszła mi na myśl po ujawnieniu afery taśmowej, kolejnej wstydliwej wpadki upadłego etycznie światka polskiej klasy politycznej.

Sami swoi

Tym razem na cenzurowanym znaleźli się ludowcy. Kamera zainstalowana w gabinecie szefa Kółek Rolniczych Władysława Serafina zarejestrowała gorzkie żale wylewane przez byłego prezesa Agencji Rynku Rolnego Władysława Łukasika. Usunięty ze stanowiska przez ministra działacz PSL-u odkrył niektóre ciemne karty z  partyjnej talii, którymi klika złożona z kolegów Waldemara Pawlaka prowadzi nieczysta grę, obstawiając pulę pieniędzmi z budżetu i unijnych subwencji, przeznaczonych na rozwój rolnictwa i aktywizację terenów wiejskich. Mocą umowy koalicyjnej obszar gospodarki żywnościowej przypadł właśnie PSL-owi, jako udział przy podziale profitów ze wspólnego z Platformą wyborczego zwycięstwa.

PSL mimo, że uważa się za partię chłopską odgrywa na wsi rolę trzeciorzędną daleko za plecami Prawa i Sprawiedliwości, które wsparte na potędze Kościoła i Radia Maryja zbiera zdecydowaną większość głosów, wśród inspirowanych przez proboszczów mieszkańców wsi.
Uniżona postawa działaczy ludowych wobec kleru nie jest niestety odwzajemniana, dlatego ludowcy zostali zmuszenia oprzeć swoją bazę wyborczą na klienteli pozyskanej przez rozdawnictwo ciepłych posad i intratnych synekur. Wykorzystali w tym celu prerogatywy wynikające z wieloletniego współrządzenia  państwem i mocnej pozycji w samorządach.

Dopóty dzban wodę nosi, dopóki się ucho nie urwie i nikt nie wie kiedy się to stanie. Tym razem języczkiem u wagi przechylającym szalę na niekorzyść partii chłopskiej stała się nieprzemyślana decyzja w sprawie pozbycia się kolegi, który jednak za dużo wiedział. To co ujawnił posłużyło za materiał destrukcyjny ambitnym osobom, niezadowolonym z aktualnego podziału łupów. Upublicznienie judaszowskiej taśmy zmiotło natychmiast z politycznej sceny ministra Marka Sawickiego, mocnego dotychczas człowieka PSL-u,  głównego rywala obecnego prezesa do objęcia stanowiska szefa partii po jesiennym Kongresie Stronnictwa.

 Piramida bezprawia

W życiu politycznym nic z niczego nie powstaje, a przypadek może być tylko katalizatorem niespodziewanych, zdawałoby się zmian. Po odsunięciu komunistów od władzy i ustanowieniu parlamentarnej demokracji nowa klasa polityczna stworzyła system prawnych i domyślnych reguł, który zapewnia im w miarę stabilne utrzymywanie się na szczycie społecznej piramidy. Okresowe zmiany u steru władzy nie mają żadnego wpływu na sytuację społecznych dołów, generują tylko nowe rozdanie przywilejów i profitów wśród politycznych elit. Wybrańcy ludu biorą lepszą część kasy, ale pokonani też nie mogą narzekać.

Zaczęło się w 1990 roku od likwidacji w komendach powiatowych policji wydziałów PG, ścigających  przestępstwa gospodarcze. - Wszystko, co nie jest zabronione jest dozwolone.  -Bierzcie sprawy w swoje ręce. Te i podobne hasła otworzyły drogę nowemu systemowi społecznemu, w którym cwaniactwo i obchodzenie prawa zostało podniesione do rangi cnoty, a spekulacja i korupcja zyskały status najskuteczniejszych  metod dochodzenia do bogactwa. Kto żyw, a miał w sobie odrobinę sprytu i bezczelności ruszył na szaber majątku narodowego. Na naszych oczach powstawało państwo bezprawia za obłudną fasadą praworządności.

Podłoże patologii

W systemie liberalnej demokracji elity trzymające władzę muszą co jakiś czas zabiegać o odnowienie legitymacji do panowania nad państwową kasą. Nawet pod najbardziej chwytliwymi hasłami, odwołującymi się do szczytnych ideałów nikomu nie udało się dotąd pozyskać liczby głosów, niezbędnej do zdobycia parlamentarnej większości. Wybory wygrywa się tylko i wyłącznie dzięki zaangażowaniu i pomocy finansowej znaczącej części elektoratu, stanowiącego materialnie zainteresowaną zwycięstwem wyborczym partyjną klientelę. Taką bazę wyborczą partia polityczna musi sobie zbudować z twardego elektoratu.

Z niemałym trudem, całymi latami nowe elity pozyskiwały sobie wyborczą klientelę. Kamieniem milowym na tej drodze były cztery wielkie reformy Akcji Wyborczej Solidarność. Rozbudowano sferę budżetową do granic absurdu, tworząc dziesiątki tysięcy ciepłych posad, dla mnożących się jak grzyby po deszczu kombatantów ruchu solidarnościowego. Pół miliona radnych wszystkich szczebli obdarowano dodatkowymi, nieopodatkowanymi wynagrodzeniami. Przekształcone w spółki przedsiębiorstwa państwowe obrosły zbędnymi radami nadzorczymi, składającymi się z często z kompletnych ignorantów.

Po ujawnieniu trefnych taśm zawrzało na politycznej arenie. Opozycyjne siły parlamentarne rzuciły się na ludowców jak sfora rzuca się na mocno zranionego psa, zgodnie z prawem naturalnym tak często stawianym przez światłych mężów ponad prawem stanowionym. Każda partia polityczna doświadczyła już nie raz korupcji w swoich szeregach i każda jest gotowa zaprowadzić porządek w spółkach skarbu państwa, ale tylko wtedy, kiedy dotyczy to beneficjentów konkurencyjnych formacji. O porządnym wypraniu własnych brudów nikt nawet się nie zająknie.

Polska klasa polityczna, niezależnie od ideowej orientacji zbudowała, bowiem patologiczne żerowisko dla pasożytów, drenujących deficytowy budżet, generujący nieustannie dług publiczny. Pod zafałszowanym płaszczykiem uszytym ze szczytnych idei i rzekomej troski o dobro kraju, funkcjonuje w najlepsze sfera brudnych interesów, na której opiera się zmurszała podwalina naszego państwa. Państwa, które puszy się i pręży muskuły, jak ów przysłowiowy kogut na gnoju. Niestety nie można tego chorego systemu zreformować bez kompletnej  wymiany przegniłych fundamentów. 

piątek, 13 lipca 2012

Pamiętajcie o ogrodach





            Czterdzieści pięć tysięcy hektarów przepięknych ogrodów, pracowicie pielęgnowanych rękami kilku milionów zakochanych w nich działkowiczów, Zielone płuca naszych miast, zatruwanych bezmyślnie spalinami milionów dymiących aut. Wkrótce mogą tam wjechać buldożery, po tym jak Trybunał Konstytucyjny postawił je w stan zagrożenia, otwierając puszkę Pandory, podrzuconą rękami byłego sędziego Sądu Najwyższego Lecha Gradockiego. Szacowni sędziowie uznali, że najważniejsze przepisy ustawy o rodzinnych ogródkach działkowych z 2005 roku są niezgodne z konstytucją, a w związku z tym stracą moc prawną po 18 miesiącach od dnia ogłoszenia orzeczenia.

Orzeczeniem Trybunału likwidującym praktycznie Polski Związek Działkowców użytkownicy działek zostali pozbawieni ochrony prawnej i wystawieni na pastwę wolnego rynku, czy jak kto woli dzikiego kapitalizmu. Dla wielu obserwatorów życia publicznego zamach na tę ostoję egalitaryzmu jest jedną z ostatnich akcji grabienia majątku narodowego, wypracowanego w pocie czoła przez zwykłych ludzi w czasach PRL-u. Nie zmienia tej oceny fakt, że związek działkowiczów opanowany jest przez ludzi, którzy pod osłoną ustawy uwili sobie tam wygodne i ciepłe gniazdka, czerpiąc z tego nie całkiem zasłużone korzyści.

Objęcie rekreacyjnych działek przeznaczonych niegdyś dla niezamożnych ludzi świata pracy, haraczem podatku od nieruchomości zmusi wiele rodzin do ich opuszczenia, pod presją wysokich cen gruntów budowlanych. Zapewne zgłoszą się też po profity dawni właściciele tych terenów, którzy być może niegdyś przepili lub przegrali w karty swoje majątki. Po wyrugowaniu miłośników przyrody z tych osobiście dopieszczanych skrawków ziemi, pełnych kwiatów i nowalijek, leżących na atrakcyjnych terenach w centrach miast, rzucą się na nie amatorzy łatwego zarobku czerpanego ze źródeł spekulacji i korupcji.

Zafrasowani sędziowie pochylili się nad losem niezamożnych ludzi, dla których praca i wypoczynek na działkach we wspólnych ogrodach, są jakże istotnym czynnikiem życiowej satysfakcji, uzasadniając swoje orzeczenie działaniem w ich interesie, Trudno o przykład większej hipokryzji. W istocie, bowiem uderzyli ich boleśnie po rękach, którymi utrzymują na własny koszt tereny zielone, odciążając w ten sposób miejską kasę od potężnych wydatków na utrzymanie podobnej wielkości areału zieleni w przestrzeni publicznej. Łatwo policzyć ile będą musiały zainwestować miasta, aby zrekompensować mieszkańcom ich utratę.

Trybunał zrobił swoje. W majestacie prawa wyłamał rygiel, który przez dwadzieścia lat chronił ogródki działkowe w centrach miast przed unicestwieniem i przerzucił pałeczkę do Sejmu, gdzie klubach poselskich poszczególnych partii politycznych rozpocznie się cicha debata jak napisać nową ustawę, żeby w maksymalnym stopniu zabezpieczyć interesy wpływowych grup interesów, nie uszczuplając jednocześnie potencjału swojego elektoratu.
W ten sposób grube ryby finansjery i biznesu połkną niewielką nomenklaturę obwarowaną dotąd w Polskim Związku Działkowców. Wszystko zgodnie z prawem naturalnym, czyli prawem dżungli. Interes ludzi uprawiających działki jest tu bez znaczenia.