piątek, 28 października 2011

Po tamtej stronie

 

Od nagłej i niespodziewanej śmierci zachowaj nas Panie. Te słowa modlitwy towarzyszyły nam w życiu religijnym, powtarzane machinalnie podczas obrzędów liturgicznych. Miały przypominać o konieczności oczyszczenia się z grzechów, żeby przechodzić na drugą stronę w stanie łaski uświęcającej, tej gwarancji zbawienia.

 Właśnie, dlatego śmierć spodziewana miała być lepsza od śmierci nagłej, jakby sama w sobie nie była złem największym i ostatecznym. Powtarzaliśmy, więc za księdzem Janem Brachowskim słowa o zmartwychwstaniu i życiu wiecznym, ale w obliczu zejścia zawsze silniejszy był strach. Nie był to zwykły strach.

 Nie był to strach przed wielką zmianą z odzyskaniem świadomości w innym wymiarze, ale instynktowny, zwierzęcy, ślepy strach przed totalnym unicestwieniem wywołujący paniczną reakcję obronną w każdej sytuacji, nawet wtedy, kiedy nie ma już nawet cienia nadziei na powstrzymanie nieuchronnego biegu wydarzeń, bo czy ktoś chce czy nie chce wszystko, co miało początek musi mieć też koniec.

 Im bliżej końca tym mniej znaczą wpajane przez całe życie wiara i nadzieja a rośnie obezwładniający człowieka lęk i bez reszty ogarnia świadomość. Strach przed unicestwieniem stanowi zaczyn i tworzywo wszystkich ruchów religijnych obiecujących wiernym życie wieczne.

 Ta obietnica daje nadzieję, która jednak przepada gdzieś w godzinie próby po naporem płynącego z głębi jestestwa instynktu krzyczącego, ze śmierć jest aktem wchłonięcia świadomości przez otchłań nicości. Śmiertelne drgawki podczas agonii nie są niczym innym jak tylko potwierdzenien zwycięstwa tego ślepego instynktu nad wiarą, iż po drugiej stronie jest jakaś kontynuacja, że w ogóle istnieje jakaś druga strona.

                   W dzieciństwie śmierć kojarzyła mi się z intensywnym zapachem świeżo ściętych świerkowych gałęzi powszechnie używanych do wyplatania wieńców pogrzebowych, z zaduchem zaciemnionych mieszkań wypełnionych nasyconym zapachem dymu palących się świec, łagodnym i mdłym zapachem wosku i ostrym szczypiącym w oczy odorem stearyny.

 Zmarły spoczywał w trumnie ustawionej wysoko na paradnym używanym niezmiernie rzadko stole pokojowym. Przy trumnie na drewnianych kwietnikach z roślinami ozdobnymi o liściach ciemnozielonych, dużych jak u chrzanu obficie pleniącego się na tłustych glebach Magicznego Zakątka. W lichtarzach smętnie płonęły świece.

 Przedmioty składające się na żałobny wystrój mieszkania często pochodziły od krewnych i sąsiadów, jeśli nie starczało tych znajdujących się w domu zmarłego. Ciasne na ogół mieszkania wypełniali przychodzący z różnych powodów ludzie. Najczęściej ze zwykłej ciekawości.

 Oczami szacowali wartość trumny i ubranie nieboszczyka. Studiowali zastygły wyraz jego twarzy szukając śladów przebytego cierpienia lub subtelnego uśmiechu wywołanego ulgą przychodzącą razem ze skonaniem. Wszędobylskim dzieciakom trudno było dostrzec twarz zmarłego.

 Z reguły widziały tylko wystające ponad krawędź trumny nowiutkie, żółte i gładkie skórzane zelówki butów zakupionych specjalnie na okoliczność pochówku. Nikt nie śmiał złamać zwyczaju wyposażania nieboszczyka w fabrycznie nowe buty, choćby za życia chodził na ogół w dziurawych. Bywało, że z powodu ciasnoty w mieszkaniach wieko trumny wystawiano na zewnątrz, gdzie oparte o ścianę wieszczyło przechodniom wizytę bezlitosnej kostuchy znanej im z wizerunku umieszczonego na czarnej, żałobnej, kościelnej chorągwi.

Odarty z życia jej szkielet napawał taką grozą, że nie było zbyt wielu chętnych do noszenia sztandaru z jej podobizną. Już od samego słowa śmierć wiało grozą, więc należało jak najszybciej o niej zapomnieć ty bardziej, że nie dotyczyła przecież nas bezpośrednio. Wprawdzie ludzie umierali wokół nas, ale zdarzało się to wyłącznie innym: sąsiadom, znajomym, dalszym krewnym, lecz nie nam.

Mimo nieuchronności zejścia z tego świata nie wolno nam było myśleć nawet w najdalszej perspektywie, że nadejdzie taki dzień, kiedy wieko trumny zostanie oparte o ścianę naszego domu. Śmierć na ogół chadzała nocami i choć nie było wtedy pisanych nekrologów wieść o jej wizycie pędziła rankiem lotem błyskawicy z domu do domu z ust do ust.

 Cmentarz zmieniał nieustannie swoje oblicze. Wśród grobów otoczonych zwykłą podmurówką przybywało nagrobków z wszechobecnego lastriko, choć tu i ówdzie pyszniły się już pomniki z szlifowanego na lustro drogiego kamienia.

 Te granity, piaskowce i marmury o przedziwnych niekiedy kształtach wyparły z czasem siermiężne grysowo-cementowe płyty. Zaczęło już brakować miejsca na mogiły, więc pozyskano dodatkową przestrzeń przenosząc cmentarny płot bliżej krawędzi ulicy. 

Chodziłem tam nie raz, choćby na chwilę zadumy przed zniczem pamięci oświetlającym słowa gorzkiej nadziei.- Wieczny odpoczynek racz im dać Panie a światło wiekuiste niech im świeci na wieki wieków. Pochłonięty sprawami tego świata nie dostrzegłem, że ucieka mi coś ważnego, drogiego.

 Aż pewnego dnia idąc ulicami Woli zauważyłem, że wśród przechodniów pełno jest zupełnie nieznanych mi ludzi a tylko niekiedy zdarzyło mi się zobaczyć jakąś znajomą twarz zmienioną jednak znakami czasu. Wtedy właśnie doznałem olśnienia, ze to już nie jest moja Wola, w której znałem wszystkich mieszkańców.

 A oni, moi kuzyni, szkolni koledzy, nauczyciele, urzędnicy, sportowcy Wolanki, sprzedawcy ze sklepów i stacze sprzed obelisku Kościuszki zrobili mi jakiś potworny kawał i przenieśli się na ten niewielki, piaszczysty pagórek za Rymarzem. Zaświtało mi w głowie, że tam jest teraz moje dzieciństwo i wczesna młodość.

 Wróciłem, więc na cmentarz i snułem się między grobami w nadziei, że usłyszę jakieś echa dawnego życia mojej wsi: Rżenie koni o poranku, skrzypienie studziennego kołowrotu, stukanie wydłubanych w lipowym drewnie sabotów wiekowego Wojciecha Bartyzela, fabryczny gwizdek wzywający robotników na dzienną zmianę.

 Może usłyszę kościelną sygnaturkę ponaglającą idące na poranną mszę starsze kobiety, warkot nadjeżdżającego z Bełchatowa zdezelowanego autobusu. Wpadną mi w ucho kłótnie kobiet walczących o lepsze miejsce w kolejce do mięsnego sklepu i ujadanie psów nad stawem. Nic takiego się jednak nie zdarzyło.

Wokół mnie zgromadziły się tylko nazwiska na kamiennych tablicach a nad nimi wisiała cmentarna cisza. Wtedy właśnie dopadł mnie lęk, przerażający strach przed nicością zaczajoną za ostatnim tchnieniem życia, za ostatnim doznaniem świadomości.
 Nie do końca jednak złamało się moje ego pod naporem trwogi, bo gdzieś głęboko w świadomości tliła się iskierka nadziei, że przecież bez zmartwychwstania życie nie miałoby sensu.

 Może, więc trzeba wierzyć, ze nadejdzie taki moment, kiedy Wszechmogący Programista uderzy w kosmiczną klawiaturę uruchamiając proces, który pozwoli odtworzyć każdą ludzką myśl, każde istnienie, każdą chwilę przeszłości, a siłą sprawczą tych zjawisk zachodzących w elementarnym tworzywie wszechświata staną się nagromadzone w czasoprzestrzeni zasoby wyższych uczuć a szczególnie bezinteresownej miłości.
                                                                                                                                                                 Felix qui potuit rerum cognoscere causas. 

wtorek, 25 października 2011

Tyran na kolanach


W czwartek 20 października libijscy powstańcy po opanowaniu w boju miasta Syrta wyciągnęli z ziemnej kryjówki odartego z wszelkiej godności dyktatora, który przez 42 lata był panem życia i śmierci kilkunastu milionów swoich rodaków oraz fundatorem i dysponentem groźnego ośrodka islamskiego terroryzmu.

Jeśli prześledzić z bliska pasmo życia i panowania libijskiego dyktatora Muammara Kadafiego to można w nim jak w lustrze dostrzec ciąg wydarzeń demaskujących bezlitośnie paskudną i zafałszowaną złożoność współczesnego świata, rządzonego przy pomocy i za pośrednictwem siły pieniądza.

W 1969 roku Kadafi, jako młody oficer stanął na czele rewolty, która obaliła króla Idrisa I a jego wyniosła do władzy. Libia po przewrocie zaczęła powoli wchodzić w orbitę wpływów Związku Radzieckiego i państw obozu socjalistycznego. Zaowocowało to również w 1978 roku zaproszeniem go przez I sekretarza PZPR Edwarda Gierka do złożenia wizyty w Polsce.

Pokłosiem tych odwiedzin była polska ofensywa gospodarcza na bezdrożach tego pustynnego państwa. Nasze firmy budowlane pozostawiły tam po sobie doskonałe drogi, których w Polsce tak dramatycznie brakowało, szczególnie w głębi powiatów i gmin.

Kadafi okazał się zapalonym reformatorem i bardzo zdolnym hipokrytą. Wspierając się zbliżoną do socjalistycznej ideologią wydał „zieloną książkę” zawierającą propagandowe założenia tak zwanej libijskiej Dżamahirijji, czyli władzy ludu, umacniając jednocześnie kult własnej osoby i ustrój państwa oparty na tyranii.

Szczególną pozycję wśród możnych tego świata zapewniały mu położone blisko Europy spore zasoby ropy naftowej. Obfitość petrodolarów spływająca od naftowych potentatów zapewniała mu wszystko, co było mu potrzebne do utrzymania satrapii łącznie z najnowocześniejszą bronią i sprzętem wojskowym.

Władcom zachodniej cywilizacji nie przeszkadzało rosnące okrucieństwo dyktatora wobec libijskiego narodu, dopóki ich interesy nie były zagrożone. Dopiero, kiedy nadzór na libijską ropą zaczął wymykać im się z rąk wysłali bombowce na jego twierdzę w Trypolisie.

 Ocalały dyktator zemścił się okrutnie niszcząc podczas lotu z Londynu do Nowego Jorku samolot Pan American World Airvays. Bomba odpalona przez agentów libijskiego wywiadu rozerwała 21 grudnia nad Lockerbie Beoinga 747 zabijając 259 podróżnych i 11 mieszkańców szkockiego miasteczka.

Fala przerażenia i oburzenia, która wstrząsnęła światem nie przeszkodziła wielkim koncernom w interesach z jawnym zbrodniarzem, choć z pewnością świat bez libijskiej ropy mógł się z powodzenie obejść. Kadafi oficjalnie persona non grata,  nadal pozostawał dla zachodnich hipokrytów pożądanym partnerem gospodarczym.

Z upływem czasu zdjęto odium ze strojącego się w szamerowany złotem mundur pułkownika i przyjmowano go bez wstydu a nawet z honorami na współczesnych dworach w Afryce, gdzie uchodził za bohatera a później także w Europie, rzekomej twierdzy praw człowieka.

Zaspokajano jego fanaberie pozwalając rozbijać namiot w centrach rządowych europejskich stolic. Obściskiwał go po bratersku Władimir Putin i całował serdecznie na oczach milionów telewidzów Sylwio Berlusconi, dopóki mocno trzymał naftowy kurek w rękach.

Na amatorskim filmie widać upokorzonego, proszącego o litość człowieka, szarpanego przez gromadę rozjuszonych mężczyzn. Nie w nim nic z butnego suwerena, szastającego życiem swoich poddanych, nie tak dawno jeszcze bijących mu pokłony. Rozpierzchli się gdzieś pochlebcy, przepadła osobista gwardia, zniknęli przyjaciele.

W godzinie śmierci sponiewierany tyran musiał poczuć się gorzej niż zbity pies, Daleko gdzieś w luksusowych gabinetach zacierali ręce władcy światowej finansjery. Zdążyli już znaleźć i uzależnić swoimi pieniędzmi nowych dysponentów libijskiej ropy.

Nemo propheta in Patria sua.

środa, 19 października 2011

Co łaska panowie?

 

Wciąż błąkają się po kraju powyborcze echa a zwycięskie partie nie zdążyły jeszcze uformować rządu. Nie przeszkadza to wcale szykować pod adresem nowych decydentów żądań i postulatów w sprawie szerszego otwarcia państwowego sejfu dla zaspokojenia rosnących potrzeb uprzywilejowanych uczestników życia społecznego.

Kto pierwszy ten lepszy, nie od dziś wiadomo, Tym bardziej, że z próżnego nawet Tusk nie naleje. Mając na uwadze taki stan rzeczy najwyższe gremium apostolskie Kościoła katolickiego bez zbędnych ceregieli sformowało swoje wobec „polskojęzycznej” władzy finansowe oczekiwania.

Nie przeszkadza hierarchom w stawianiu żądań kasowych fakt, że podczas kampanii wyborczej czynnie i biernie występowali przeciw aspiracjom do utrzymania władzy przez  liberalno-ludową koalicję, wspierając zwalczających ich na wszelkie sposoby „prawdziwych Polaków” spod znaku orła w koronie i krzyża z Krakowskiego Przedmieścia.

Nie widzą też rosnących zagrożeń ze strony wstrząsających raz po raz cywilizowanym światem torsji, wywoływanych przez spekulacje gigantycznych rozmiarów długami publicznymi, które  lada chwila mogą wtrącić zadłużone państwo polskie w otmęt finansowych zawirowań.

Widać ważniejsza dla czcigodnych biskupów jest wola powiększania bogactwa Kościoła i dobrostanu duchowieństwa od troski o interes całego państwa, zrównoważony rozwój kraju oraz stabilizację i spokój społeczny w Ojczyźnie.

Otóż zapobiegliwi o swoje doczesne sprawy kapłani zaproponowali rezygnację z wypłacanego im corocznie przez budżet funduszu kościelnego w wysokości około 90 milionów złotych pod warunkiem ustanowienia 1% odpisu z podatku dochodowego na rzecz Kościoła, który mógłby im zagwarantować stały dochód w wysokości około pół miliarda złotych.

Nie dociera do nich prawda, że po dokonaniu przez państwo zwrotu Kościołowi należnego mu, a także nienależnego majątku fundusz kościelny stracił rację bytu, jako że wypłacany był w formie rekompensaty za nacjonalizację dóbr martwej ręki.

Poza tym transformacja ustrojowa przyniosła Kościołowi wielorakie korzyści. Oprócz dziesiątek tysięcy hektarów ziemi budynków i budowli do kościelnej kasy wpłynęły niemałe pieniądze w postaci opłat cmentarnych. W tym za miejsca na po pochówek i z tyłu procentowej taksy od wartości kosztownych nagrobków fundowanych zmarłym przez bogacących się krewnych.

Dochodzą do tego tradycyjne dochody z tacy, intencji mszalnych, opłat za chrzty, śluby i pogrzeby, datki pobierane podczas obchodu wiernych po Kolendzie, zbiórki płodów rolnych dla seminariów, ofiar zbieranych podczas wędrówki po domach obrazu Matki Boskiej i przy innych jakże licznych i częstych okazjach.

Widać ojcowie kościoła uznali, że to zbyt mało, a źródła pozysku zbyt niepewne. Zatroszczyli się, więc o większy dopływ gotówki z państwowej kasy nie bacząc na to, że w ten sposób dają niedobry przykład stając na czele pielgrzymujących do państwowej kasy z żądaniami niemożliwymi do zaspokojenia, bez dalszego podkopywania fundamentów finansowych państwa.

Mimo tego, że domeną Kościoła są sprawy wieczne, wyrasta on z społecznego podłoża i podlega wszelkim pisanym i niepisanym prawom, jakie społeczeństwem rządzą. Trudno, więc wymagać od uprzywilejowanej grupy społecznej, jaką niewątpliwie są księża, żeby oparli się samoistnie pokusom wybujałego konsumpcjonizmu.

Dlatego trzeba twardo odmówić klerowi finansowania mu życia w luksusie za pieniądze z państwowej kasy. Tym bardziej, jeśli się przed wyborami powiedziało, że nie będziemy klękać przed księdzem. Dotyczy to nie tylko kleru, ale także wszystkich innych uprzywilejowanych grup społecznych.

Jedynym kryterium decydującym o społecznym statusie i zamożności człowieka powinna być, jakość wykonywanej przez niego pracy i jej przydatność dla społeczeństwa. A jedynym wyjątkiem od tej reguły solidaryzm społeczny wobec tych, których opatrzność niedostatecznie wyposażyła do życia na tym świecie.

Do takiego modelu musimy dążyć pro publico bono, Inaczej czeka nas kryzys, chaos, zamieszki i rewolucja.

wtorek, 11 października 2011

Powyborczy galimatias


Nie pierwszy to raz większość dorosłych Polaków wypięła się na demokrację omijając w niedzielę z daleka lokale, w których oczekiwały na nich karty wyborcze z nazwiskami kilku tysięcy kandydatów na beneficjentów panującego nam miłościwie od 22 lat systemu społecznego.

Zgodnie z oczekiwaniami frekwencja okazała się wyraźnie niższa od tej z wyborów samorządowych. Zbrakło, bowiem motywacji dla potężnej armii uzależnionych od alkoholu i meneli głosujących zazwyczaj w zamian za trunki oferowane przez podwożących ich do obwodów głosowania kandydatów, szukających ścieżek dostępu do samorządowych pieniędzy.

Wybór został dokonany na niekorzyść szturmujących po raz kolejny parlamentarne siedziska ortodoksyjnych konserwatystów mocno wspieranych przez kler szukający sposobów na realizację swoich celów religijnych i materialnych, przy pomocy nakazów i sankcji państwowych, wymierzonych we wszystkich obywateli, również tych pozostających poza sferą wpływów Kościoła.

Nieznaczna większość uczestników wyborczego spektaklu udzieliła poparcia koalicji sprawującej władzę w kraju przez ostatnie cztery lata, dając tym samym wyraz swego zadowolenia ze statusu materialnego, który osiągnęła bądź zdołała utrzymać za rządów liberalno-ludowego przymierza parlamentarnego.

Nie przeszkodził im w udzieleniu poparcia rządzącej elicie fakt, że status materialny i komfort życiowy osiągnęli dzięki przejedzonym setkom miliardów z wyprzedaży majątku narodowego i postępującego wciąż, grożącego kryzysem finansowym zadłużenia państwa oraz jego obywateli, na spekulujących rynkach finansowych.

Taka postawa społeczeństwa wywodzi się, jako żywo od filozofii życiowej wyrażonej niegdyś słynnym zawołaniem, jedz, pij i popuszczaj pasa. Jest to zupełnie zrozumiałe, bo dla ludu zawsze ważniejszy jest dzisiejszy dostatek od przepowiedni przyszłej biedy, która może przyjść, ale wcale nie musi.

Nic, więc dziwnego, że tak znaczny odłam społeczeństwa opowiedział się za kontynuacją dotychczasowej polityki przez ludzi orbicie władzy, skoro panuje powszechne mniemanie, iż o państwowe długi powinno się troszczyć państwo, a te, które sami zaciągnęliśmy w bankach jakoś się spłaci. Taki a nie inny wybór determinował też brak sensownej alternatywy ze strony parlamentarnej opozycji.

Tak dalej jednak być nie może. Wiedzą o tym doskonale politycy, którzy odnieśli wyborczy sukces. Inaczej nieodwołanie czeka nas los podobny do Grecji, gdzie po latach popuszczania pasa dług osiągnął monstrualne rozmiary a wpadający w panikę o swoje pieniądze wierzyciele nie chcą już więcej na ładne oczy pożyczać.

Jeśli proces zadłużania nie zostanie zatrzymany czeka nas podobny do Greków los. Masowe bezrobocie, obniżenie wynagrodzeń, obcięcie emerytur i rent. Tym bardziej, że podobnie jak w Grecji, gdzie piękne kurorty i eleganckie hotele należą do zachodniego kapitału, także nasz z nazwy przemysł i potężne sieci handlowe pracują na korzyść zagranicznych inwestorów, generując w kraju tylko miejsca pracy, zazwyczaj słabo opłacane.

Na szczęście jest w Polsce jeszcze czas ku temu, żeby zmienić ten wiodący w przepaść trend. W ciągu najbliższych trzech lat nie będzie w kraju wyborów. Taka sytuacja stwarza rządzącym szansę na dokonanie głębokiej, być może bolesnej dla części elektoratu reformy finansów publicznych.

Nie należy, więc dłużej wahać się przed wprowadzeniem kompleksowej reformy administracji państwowej i samorządowej, szkolnictwa, sądownictwa oraz wszystkich innych służb publicznych, pod katem zwiększenia efektywności ich działania i znacznego odchudzenia kadrowego, a miejsca pracy tworzyć w sferze produkcji rynkowej i eksportowej.

Dobrze może się przysłużyć reformatorom ułatwienie dostępu młodym ludziom do aż 360 zawodów z mocno ograniczoną dziś przez szczelne korporacje możliwością ich wykonywania. Państwo musi wspierać inowacyjność w gospodarce i ekspansję eksportową naszych produktów i promować sensowne inicjatywy zmierzające do uzyskania nadwyżki w wymianie gospodarczej z zagranicą.

Trampoliną dla takich pozytywnych działań musi być zaniechanie fetyszyzacji pieniądza, odejście od zbędnej celebry, pogoni za modnymi, lecz zbędnymi dla godnego życia gadżetami, za tym wszystkim, co świeci się i błyszczy, lecz rzadko niesie ze sobą jakieś wyższe wartości. Tylko czy się znajdzie taki odważny polityk, który zaproponuje nowy, tchnący, choć nieco altruizmem model rozwoju życia społecznego.

Nie podobna już odkładać reform ad calendas, Graecas.

sobota, 1 października 2011

Ucieczka z błędnego koła


Nie pierwszy raz cywilizowany świat znalazł się na niebezpiecznym, dziejowym zakręcie. Cykliczne stany kryzysowe nie powinny dziwić obserwatorów życia społecznego, bowiem światowy nieład jest stanem naturalnym, nad którym niekiedy, tu i ówdzie uda się z dobrym skutkiem zapanować.

Niezmiernie trudno jest zapanować nad chaosem i jeśli nawet uda się go wcisnąć w jakieś organizacyjne ramy, to całą pewnością po jakimś czasie wydobędzie się z całą siłą w najmniej oczekiwanym miejscu. Dziś w czasach wybujałego konsumpcjonizmu objawił się pod postacią przewalającego się po świecie tsunami publicznego długu, który przy pomocy lichwy i spekulacji pustoszy bezlitośnie gospodarki kolejnych państw.

W globalnym tyglu rynków finansowych zachodzą nieustannie zaskakujące reakcje z prędkością nawiązującą do tej niedawno uzyskanej przez włoskich naukowców za sprawą cząstek zwanych neutrinami, które to odkrycie obudziło na nowo iluzje o podróżach w czasie. Na razie jednak podróżują walory finansowe pomnażane sprytnie przez bogaczy na szkodę wierzących w dobroć niewidzialnej ręki rynku biedaków.

Nie wszystko jednak zależy od potężnego, światowego forum spekulacyjnego. Wbrew pozorom państwa narodowe mają jeszcze na tyle autentycznej suwerenności, że mogą zaaplikować sobie indywidualne kuracje zdolne w poważnym stopniu złagodzić symptomy i skutki toczących cywilizację chorób.

Do państw z szansami na wyjście z błędnego koła należy również Polska. Niestety są to możliwości czysto teoretyczne z powodu braku sił politycznych zdolnych podjąć dziejowe wyzwanie. Widać to jak na dłoni za sprawą burzliwej kampanii propagandowej przed październikowymi wyborami parlamentarnymi.

W potoku obietnic serwowanych przez bez opamiętania przez wszystkie ugrupowania polityczne ubiegające się o złotodajne mandaty trudno się doszukać uczciwego programu, który mógłby oprzeć państwo polskie na zdrowych fundamentach ekonomicznych i stabilnym ładzie społecznym.

Wiedzą o tym doskonale czołowi polscy politycy, ale wiedzą też, że kuracja nie spotka się ze społecznym aplauzem, ponieważ wymaga bolesnych dla społeczeństwa reform. Jest oczywiste, że obiecując tylko pot i łzy, przynajmniej na początku zmian, nie można liczyć na znaczące poparcie elektoratu.

Taki stan rzeczy sprawia, że partie posiadające dostęp do władzy miotają się w błędnym kole niemożności. Dalsze zadłużanie zarówno państwa jak i społeczeństwa prowadzi nieuchronnie w kierunku trudnej do wyobrażenia katastrofy o podobnych symptomach jak w Grecji, a bolesne dla większości ludzi reformy nieuchronnie odsuną reformatorów na dalekie peryferia krajowej polityki.

W tym kontredansie należy szukać przyczyn rosnących wynagrodzeń lekarzy i wydłużających się wciąż kolejek pacjentów oczekujących na poważne operacje, zabiegi i porady specjalistów. Tu leży też odpowiedź na pytanie, dlaczego polscy nauczyciele pracują najkrócej w Europie a mundurowi po piętnastu latach pracy mogą byczyć się na emeryturze.

W toku kampanii przedwyborczej żaden z polityków nie zachęca do oceny czterech wielkich reform rządu Jerzego Buzka w kontekście ich problematycznej zasadności i zbędnych kosztów, jakie generują dla budżetu. Czy radni muszą otrzymywać wynagrodzenia za uczestnictwo w życiu publicznych a przedstawiciele rządu sute apanaże za doradzanie zarządom spółek Skarbu Państwa?

Czy potrzeba nam tylu magistrów z obniżonym zasobem nabytych na lichych uczelniach umiejętności? Czy potrzeba aż do 20 lat nauczania, żeby młodzi ludzie mogli zacząć uczestniczyć w na pełnych prawach w życiu zawodowym? Może, więc trzeba skrócić ten czas o zbędną nadwyżkę wykorzystaną na zbijanie bąków, celebrę i przyswajanie sobie konsumpcyjnych nawyków.

Nadmiar absolwentów z dyplomami stwarza napór na biura również tych osób, którzy będą marnymi menedżerami a byliby doskonałymi fachowcami w zawodach wymagających zręczności manualnych. Byliby gdyby nie zlikwidowano zasadniczych szkół zawodowych wychodząc z nierealnych założeń, że cała populacja zdolna jest zdobyć wiedzę ogólną na średnim i wyższym poziomie.

Znany satyryk Michał Ogórek niezmiernie trafnie scharakteryzował gwałtowną niechęć do fizycznej pracy w epoce konsumpcjonizmu. W Polsce Ludowej – jego zdaniem biura zajmowały połowę przestrzeni gospodarczej a po upadku socjalistycznego przemysłu zostały same biura. Niezwykle trafne to spostrzeżenie, choć w krzywym zwierciadle odbite.

W wyniku transformacji ustrojowej skurczyła się niestety strefa wytwarzania dóbr a rosnące z dnia na dzień bezrobocie władza łagodziła zwiększeniem miejsc pracy w budżetówce. W ten sposób zostały naruszone zdrowe proporcje między wielkością zatrudnienia w bazie produkcyjnej a służebnej wobec niej nadbudowie.

W ślad za zmianami własnościowymi przyszło rozwarstwienie dochodów osiągając najwyższy wskaźnik w Europie. Dotyczy to nie tylko białych i niebieskich kołnierzyków, lecz także emerytów, wśród których systemowo z roku na rok rośnie przepaść między najlepiej uposażonymi z zupełnymi nędzarzami.

Do szeroko rozumianej sfery budżetowej należy także zaliczyć Kościół, czerpiący pełną garścią z państwowej kasy na utrzymanie kapelanów, katechetów, misjonarzy i zakonów, mimo dopływu znacznych dochodów własnych z odzyskanego majątku i nieopodatkowanych opłat za świadczenie usług religijnych.

Rozbudowana do granic absurdu sfera budżetowa pochłania coraz większą część dochodu narodowego i jest głównym motorem generowania deficytu. Mimo znacznych dochodów z wyprzedaży majątku narodowego, potężną dziurę w budżecie trzeba łatać emisją wysoko oprocentowanych papierów dłużnych.

Reasumując: Kasa państwa polskiego przecieka jak dziurawy bak z benzyną. Przy tak poważnych ubytkach może wkrótce zbraknąć paliwa niezbędnego do utrzymania w ruchu pojazdu, którym wszyscy jedziemy. Trzeba, więc natychmiast uszczelnić, choćby te największe przecieki, dla wspólnego dobra.

Niestety póki, co, mamy na Platformie coraz więcej wygodnie rozpartych pasażerów bez biletu, niezwracających uwagi na postępujące słabnięcie wprawiającego ją w ruch” ludu pracującego miast i wsi”. A nieustanne pożyczanie pieniędzy na konsumpcję zazwyczaj kończy się bankructwem. Trzeba o tym pamiętać przed wyborami.

W zalewie obietnic składanych nieodpowiedzialnie przez aspirujące do władzy partie nie słychać jakoś o odbudowie gospodarki morskiej, wsparciu dla innowacyjnego sektora produkcyjnego, pobudzaniu eksportu, zrównoważeniu bilansów płatniczych z Chinami i Rosją i o innych konkretnych działaniach umacniających gospodarkę.

Wygląda więc na to, że znowu przyjdzie nam wybrać mniejsze zło. Po władzę pcha się, bowiem całą siłą ortodoksyjna formacja prawicowa ogłaszająca się, jako jedyna, słuszna siła przewodnia katolickiego narodu polskiego. Jej retoryka, jako żywo przypomina tę złowieszczą z czasów zamierzchłej komuny, wypróbowaną już do zachwalania zbankrutowanej IV RP.

Quod bonum felix faustumque sit.