sobota, 30 kwietnia 2011

Santo subito


Nie często się zdarzało, żeby Opatrzność pośpieszyła dodawać Polsce jakiegoś splendoru, dlatego wielkie poruszenie w świecie zachodnim wywołał wybór Karola Wojtyły na stolicę Piotrową. Zaiste nikt nie mógł się spodziewać, że prymas Polski kardynał Stefan Wyszyński wystąpi w roli palca Ducha Świętego i wskaże purpuratom kandydata ze Wschodniej Europy. Sam fakt wyboru papieżem nie Włocha był już dostatecznie wielką sensacją zwielokrotnioną pochodzeniem kandydata zza Żelaznej Kurtyny, za którą Kościół przez całe dziesiątki lat był metodycznie zwalczany przez totalitarne, komunistyczne państwo.
Był w tym wydarzeniu znak czasu, który zapowiadał nieomylnie Watykanowi i Kościołowi Rzymsko-Katolickiemu a nawet całemu światu długi, wyrazisty i pełen istotnych wydarzeń pontyfikat. Czasy to były szczególne. Pod naporem triumfującego liberalizmu łamał się złowrogi, zdawałoby się nieugięty sowiecki system Wprawdzie papież nie posiadał żadnych dywizji to jednak władcy Kremla przyjęli wybór Wojtyły, jako zdecydowanie wrogi akt wobec Związku Radzieckiego. Paradoksalnie, oba wrogie wobec siebie systemy stanęły wtedy na rozdrożu borykając się z podobnymi problemami narastającego właśnie niepohamowanego, globalnego konsumpcjonizmu. Stosunkowo młody system sowiecki też jawił się po bliższym poznaniu, jako pseudoreligijna sekta, której przywódcom zastraszeni poddania przypisywali wszechmoc, wszechwiedzę i nieomylność. Polski papież – już samo to słowo budziło na Kremlu niepokój. Nie bez racji. Nie wiadomo jak potoczyłyby się losy świata gdyby nie znalazł się śmiałek, który odważył się dopuścić głasnost do wszystkich zakamarków imperium. Okazało się jednak, że zmurszałe struktury runęły błyskawicznie pod naporem prawdy. Jan Paweł II zbrojny w wiedzę czerpaną z dwutysiącletniej historii chrześcijaństwa nie dopuścił do poluzowania struktur kościelnych i twardo stanął w obronie katolickich dogmatów. Wielu rozkojarzonych reformatorów miało mu za złe nieprzejednane stanowisko wobec aborcji i eutanazji, ostrą retorykę na temat tak zwanej cywilizacji śmierci. Polski kardynał powołany na stolicę świętego Piotra dźwignął ciężar odpowiedzialności za Kościół i umocnił go pielgrzymując do wiernych na całym świecie jak żaden dotąd Namiestnik Chrystusa na ziemi,
Witały go na wszystkich kontynentach setki tysięcy ludzi. Byli wśród nich także tacy, którzy w innych wierzyli bogów. Przyciągała ich na te medialno-religijne spektakle niesamowita charyzma człowieka, który emanował zarówno wielkością jak i prostotą swej wybitnej osobowości. Papieskie pielgrzymki cementowały Kościół Powszechny ułatwiają prowadzenie nowej ewangelizacji.
Karol Wojtyła doskonale zdawał sobie sprawę, że pod płaszczem Kościoła dzieje się także wiele zła. Przepraszał publicznie za wszelkie zło poczynione przez ludzi Kościoła lub w jego imieniu. Wyciągnął rękę do wyznawców innych religii, w tym do starszych braci w wierze Żydów, wchodząc, jako pierwszy papież do synagogi. Nie obca była mu troska o ofiary wstydliwej plagi pedofilii wśród katolickiego kleru. Zdawał sobie jednak sprawę, że wszelkie pochopne działania mogą doprowadzić do prawdziwego tsunami, które może przynieść wszystkim wyznawcom Chrystusa niepowetowane szkody.
Za świętość trzeba zapłacić, najczęściej cierpieniem, męczeństwem i śmiercią, więc trudno się dziwić, że tego anioła pokoju ugodziły wśród tłumów wiernych kule fanatycznego mordercy, przeciwstawiającego idei chrześcijańskiej miłości doktrynę fanatycznego, dzikiego dżihadu. Niemal cudem ocalonego, nie powstrzymało go to od wybaczenia zamachowcowi podczas odwiedzin skruszonego nieszczęśnika w więziennej celi.
Ostatnie lata, miesiące i dni życia tego szlachetnego człowieka stały się za sprawą mediów relacją o człowieku, którego nie zmogło narastające cierpienie. Pytany przez ciekawskich, dlaczego nie powierzy komuś innemu obowiązków, których wypełnianie sprawia mu tyle bólu odpowiadał niezmiennie, że przecież Chrystus też nie zszedł z krzyża i nie odrzucił swojej męki.
Pozostały po nim w Polsce setki stawianych jeszcze za jego życia pomników, szkół i szpitali jego imienia, nazw placów i ulic. Nie zawsze niestety, intencje wnioskodawców były czyste. Nazbyt często liczyli oni na całkiem wymierne korzyści z posiadania władzy, do której publiczne uwielbianie papieża miało ułatwić im dostęp. W miasteczku, którego imienia nie powiem miejscowa, żrąca się ze sobą elita samorządowa, zgodna w tym jedynym przypadku postanowiła nadać wielkiemu Polakowi godność honorowego obywatela. Papież przyjął ten wątpliwy zaszczyt nie znając powodów, żeby odmówić. Oni natchnieni, wybili na koszt gminy pamiątkowy medal z podobizną jego Świątobliwości i rozdzielili go wśród siebie. Poczym wybrali swoich delegatów, którzy wybrali się do Watykanu, żeby osobiście powiadomić Ojca Świętego o tym wydarzeniu. Największe zaangażowanie w tej sprawie wykazali ludzie o dawna i po dziś dzień bezpardonowo walczący o stanowiska i dostęp do samorządowej kasy przy pomocy intryg, donosów i wzajemnych oskarżeń. Ludzie obrzucający się kalumniami, na co dzień i od święta, ciągających się nieustannie po prokuraturach i sądach.
No cóż, również takie efekty zdarzały się w naszym kraju najsilniej  poddanym papieskiemu nauczaniu, ale Karol Wojtyła, choć święty, był tylko człowiekiem a przecież nawet Chrystusowi nie udało się zmienić ludzkiej natury, mimo, że oddał życie, umęczony na krzyżu za nasze zbawienie.

czwartek, 14 kwietnia 2011

Opętani przed świtem

Polacy są zaiste narodem niezwykłym. Historia, nasza nauczycielka prezentuje na swojej wirtualnej stronie niesłychanie bogaty zestaw dowodów na to, że nawet największe narodowe wiktorie odniesione przez Polaków, nie tylko nie przysporzyły im żadnego pożytku, ale nawet przynosiły niekiedy niepowetowane szkody. Dziś każdy średnio wyedukowany w Polsce, za godne czesne magister przynajmniej słyszał o tym, że okupione  krwią i potem wspaniałe zwycięstwo pod Grunwaldem niewiele zaszkodziło Krzyżakom z powodu opieszałości zwycięzców i braku u nich ochoty do dokończenia wojennego dzieła. Pobity na głowę żywioł niemiecki utrzymał, więc swoje potężne zamki i w oparciu o tę nienaruszoną infrastrukturę stworzył z biegiem czasu potężne Prusy, które w stosownej, dziejowej chwili dokonały pospólnie z innymi sąsiadami trzech kolejnych rozbiorów Rzeczpospolitej, wymazując państwo polskie z mapy Europy. Nie inaczej było ze znakomitą wiktorią wiedeńską odniesioną nad Turkami, która uratowała przed zagładą monarchię Habsburgów, kolejnego, późniejszego naszego zaborcę.
To odległe czasy, które jak się na ogół rodakom wydaje nie mają dla naszego pokolenia większego znaczenia. Może mają rację? Niestety nie można tego samego powiedzieć o skutkach II wojny światowej, z której Polska rzekomo wyszła zwycięsko, tracąc jak na ironię większą cześć majątku narodowego, znaczną część terytorium i kilka milionów obywateli. Na dodatek wystawiając z własnej, nieprzymuszonej woli na zagładę swoją całą swoją stolicę i jej intelektualne elity.
Najdziwniejszym, wprost kuriozalnym przypadkiem polskiej nieudaczności była jednak pokojowa rewolucja z lat 1980-89, która de facto dała początek rozpadowi światowego systemu komunistycznego. W rezultacie tego dziejowego przełomu zainicjowanego na Wisłą światowy kapitalizm powrócił po kilkudziesięciu latach komunistycznego eksperymentu na terytorium równe ćwierci powierzchni kuli ziemskiej przechodząc przy okazji w wyższą formę rozwoju zwaną globalizmem.
Zakrawa przy tym na kpinę fakt, że siła sprawcza tej wiekopomnej przemiany, wielkoprzemysłowa klasa robotnicza rozpadła się i całkowicie straciła polityczne znaczenie, pod naporem najczęściej nieuczciwej prywatyzacji państwowego majątku Podczas manewrów na historycznym poligonie odrodziły się natomiast stare demony antysemityzmu, fanatyzmu religijnego i operetkowego nacjonalizmu. Na fali społecznych przemian wypłynęło z mroku zapomnienia kołtuństwo, ciemnota i zabobon. Rozkwitła na nowo wiara w cuda, przepowiednie, wróżby i prawdy objawione.
Wydaje się, że odpowiedzi na zasadnicze pytanie o genezę owej, bardzo specyficznej cechy nieudaczności Polaków, jako społeczeństwa należy szukać właśnie w tym wywodzącym się z mroków Średniowiecza zespole mentalnym tkwiącym w świadomości zdecydowanej większości naszych rodaków. Nie trzeba mocniejszych na to dowodów od histerii wywołanej na tle katastrofy smoleńskiej. Wystarczy popatrzyć na te tłumy nawiedzonych, pielgrzymujących z pochodniami za swoim guru na Krakowskie Przedmieście. Posłuchać wypowiedzi udzielanych mediom przez nabuzowanych emocjami uczestników tych mistycznych zgromadzeń, żeby pozbyć się wątpliwości, co do twierdzenia, że Polska póki, co nie ma żadnych szans na dołączenie do racjonalnie myślących narodów Europy, przynajmniej do czasu aż ożywczy powiew znad Atlantyku przewietrzy rubaszne, sarmackie czerpy.
  Zamiast korzystać z niepowtarzalnej szansy modernizacyjnej, która spadła nam jak z nieba wraz z formalnym dołączeniem do Zachodniego Świata bijemy historyczną pianę pozwalając wodzić się za nos współczesnemu następcy Wernyhory i wspierającemu go nawiedzonemu redemptoryście z Torunia, ludziom opętanym nie tylko o świcie. Tracimy czas, który, nie będzie nam już dany po raz wtóry.
  Ze scen odgrywanych od roku przed Pałacem wyziera niestety obraz Polaka katolika, jako człowieka mściwego, nietolerancyjnego, pełnego nienawiści do swoich bliźnich. Powinni się poważnie zastanowić nad tym kapłani podający tym, najwierniejszym swoim owieczkom „Ciało Chrystusa” każdego dnia sankcjonując w ten sposób a nawet nagradzając najgorsze cechy ludzkiej osobowości.
  -Jaki naród takie jego bohatery – chciałoby się ironicznie skomentować szaleńcze próby wyniesienia na piedestał człowieka małego formatu, którego pewne mniej znaczące osiągnięcia nie zatrą w historycznej pamięci działań szkodliwych dla modernizacji kraju i jego rangi w zjednoczonej Europie.
  Pomimo tego potężnego balastu kołtuństwa, zacofania i obskurantyzmu może się jednak zdarzyć, że w walce o rząd dusz sukces odniosą ku narodowej chwale i społecznej korzyści postępowe i twórcze siły witalne naszego narodu. No chyba, że rozfanatyzowanym „prawdziwym Polakom” chcącym odwrócić bieg historii uda się zachęcić do głosowania, ową milczącą, obciążoną gnuśnym balastem stagnacji większość. Fortuae cetera, mando. 

piątek, 8 kwietnia 2011

Prawda nas wyzwoli?


Jeszcze nie całkiem ostygły szczątki ofiar katastrofy samolotu prezydenckiego a już zarabiający krocie marszałkowie naszego Sejmu i Senatu, korzystając z pretekstu rzekomo dużego wkładu osobistego w usuwanie jej skutków wypłacili sobie nagrody rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych na każdą dystyngowaną głowę. Tak przynajmniej usiłuje wytłumaczyć obecny marszałek Grzegorz Schetyna bezwstydną pazerność sejmowych dygnitarzy.
Dziwnie te słowa brzmią w uszach emeryta, który po czterdziestu latach pracy, jak to się dawniej mówiło, dla Ojczyzny otrzymał z łaski na uciechę 300 złotych rocznej podwyżki do zaledwie 1000 złotowej emerytury. Jak to się stało, że takie dysproporcje dzielą dziś ludzi śpiących niegdyś na tym samym styropianie w strajkujących fabrykach. – Wszyscy mamy jednakowe żołądki – krzyczeli kiedyś razem pod adresem komunistycznych władz dzisiejsi prominenci i emeryci starego portfela. 
            Niestety po trzydziestu latach, żołądki obrosłych w piórka nowych dygnitarzy zrobiły się delikatne jak u dawnych księżniczek jadających marcepany i inne nie znane ich biednym  poddanym  frykasy a żołądki nieszczęsnych zgredów wyrzuconych poza nawias minimum socjalnego stwardniały od żywności nafaszerowanej chemią przez goniących za łatwym zyskiem producentów. Po dwudziestu latach przemian ustrojowych obecne władze dzieli dziś od ludu o niebo większy dystans w poziomie życia niż tak mocno krytykowanych ongiś sekretarzy partii od zwykłych proletariuszy. To jest pierwsza z gorzkich prawd, której na próżno by dziś szukać w nie tylko w oficjalnej retoryce ludzi sprawujących władzę,  komentarzach publicystów oraz  kazaniach i homiliach wygłaszanych przez kapłanów do ludu bożego.
              Nie mniej bolesna może się okazać prawda, że rozbuchany konsumpcjonizm, który bez reszty ogarnął społeczną świadomość oparty jest niemal w całości na kredycie, Dotyczy to szczególnie kształtującej się klasy średniej, która po odskoczeniu od popadających w coraz większą patologię dołów społecznych zadłuża się ponad miarę nabywając dobra, które w zamyśle mają podnosić prestiż i znaczenie posiadaczy w oczach innych ludzi. W hierarchii ważności zamiast wiedzy liczy się przede wszystkim posiadanie dyplomu. Nowy model super drogiego samochodu co dwa lata robi za wizytówkę sukcesu, do którego należy dążyć, bez oglądania się na jakieś staromodne i nieżyciowe normy moralne. Bogaci do obrzydliwości biznesmeni wciąż narzekają publicznie na rzekomo wysokie koszty pracy wydając krocie  na markową odzież, obuwie, perfum i setki niesamowicie drogich, nikomu do niczego nie potrzebnych bajerów. Pełne blichtru i kiczowatego przepychu pałace i inne luksusowe rezydencje powstają jak grzyby po deszczu z dala od pokrytych liszajami slumsów zamieszkałych przez biedotę żyjącą z zasiłków wypłacanych przez zbiurokratyzowany system rozdzielnictwa pomocy społecznej. Jeszcze nigdy po II wojnie światowej warstwa zdominowana przez społeczną patologię nie była tak licznie jak w III Najjaśniejszej Rzeczpospolitej. Oba te światy oddalają się od siebie nieustannie.
              Najbardziej jednak niewygodna dla postsolidarnościowych elit jest prawda o upadku moralnym społeczeństwa. Ideały przyświecające ojcom założycielom Solidarności zostały porzucone już na początku restauracji kapitalizmu. Słynne hasło, że wszystko co nie zabronione jest dozwolone stało się sztandarem przewodnim , pod którym obrót gospodarczy został zdominowany przez co bardziej wyrafinowane formy kradzieży, takie jak wyłudzenie, oszustwo i  doprowadzenie do niekorzystnego rozporządzenia mieniem.
              Na kuriozum wygląda fakt, że w epoce wynoszonych pod niebiosa wolnych mediów najbardziej bezpardonowa walka o dobra tego świata toczy pod oficjalną  maską codziennego życia złożoną z taniej sensacji, sztucznej celebry sprzedawanej w opakowaniu składających się z niemal samych tytułów  gazet a szczególnie w setkach ogłupiających szary lud telewizyjnych serialach.
             Najwyższy czas zrzucić łuskę z oczu. żeby zobaczyć, że król jest nagi. Pozbyć się mitów o kochających Polskę politykach. Miraży o zbawiennej roli wzrostu gospodarczego. Dogmatu  świętości bogacącego się Kościoła. Trzeba sobie zdać sprawę, że system którym obecnie żyjemy oparty jest na modelu jednorazowego użytku, którego nie za się zreformować i trzeba go po prostu zmienić na lepszy. Z tym, ze ten lepszy na razie jeszcze nie istnieje. Sulus populi suprena lex.

piątek, 1 kwietnia 2011

Gry interesów


To nieprawda, że Polska jest najważniejsza. Ta słynna fraza jest tylko zakłamanym parawanem, za którym ukryto zbiór całkiem osobistych, egoistycznych interesów grupy ludzi, żądnych wielkich osobistych sukcesów, starających się zdobyć tyle władzy ile potrzeba do ich urzeczywistnienia. -Ja jestem najważniejszy – oto prawdziwe credo wyłażące na wszystkie sposoby z ludzkiej natury, która jednak stara się skutecznie stosować swoisty kamuflaż, ukrywając swoje egoistyczne dążenia, plany i działania pod szlachetnym płaszczykiem interesu społecznego. Człowiek nie kieruje się, więc na ogół altruizmem tylko instynktem samozachowawczym, który każe unikać takich działań, które mogłyby mu w jakikolwiek sposób zaszkodzić. Należy pamiętać o tej niezwykle ważnej przesłance przyglądając się chaosowi panującemu niepodzielnie na naszym świecie, gdyż bez niej nie sposób zrozumieć cokolwiek z tego, co się dzieje nie tylko w Libii czy w Warszawie, ale też w gminie Pikutkowo Małe. Z zalewu medialnych doniesień niezwykle trudno człowiekowi wyrobić sobie trafny pogląd, co do przyczyn wydarzeń raz po raz wstrząsających naszą cywilizacją, niczym trzęsienia ziemi Wyspami Japonii. O ile jednak kataklizm, który nawiedził Kraj Kwitnącej Wiśni wywołując tam porażającą katastrofę humanitarną, miał swoje źródło w procesie ciągłych przeobrażeń naszej planety i zaistniał bez wpływu przynajmniej aktywnego, czynnika ludzkiego, to przyczyny awantur wojennych leżą tylko i wyłącznie w owej skłonności człowieka do stawiania swoich egoistycznych interesów nad dobro ogólne. Wojenna pożoga trawiąca miasta libijskie i pochłaniająca tysiące istnień ludzkich toczy się na oczach świata właśnie w imię pozostających ze sobą w sprzeczności wąsko pojętych interesów rywalizujących ze sobą rekinów globalnej finansjery, wspierających ich światowych mocarstw a także często dla zaspokojenia chorobliwych ambicji ludzi na szczytach władzy. Muamar Kadafi to jeden z wielu odrażających dyktatorów oszalałych na punkcie swojej rzekomej wielkości, którzy sprawują pełnię władzy w państwach zorganizowanych na zasadzie totalnego podporządkowania sobie społeczeństwa bez posiadania wyborczej legitymacji. Świat zachodni stawiający rzekomo na pierwszym planie prawa człowieka, nie jest w stanie narzucić swojego systemu wartości otaczającym go zewsząd totalitaryzmom, więc prowadzi z nimi swoistą grę przy pomocy przysłowiowego kija i marchewki. Polityka uprawiana w tym stylu przez możnych tego świata, byłaby może skuteczna gdyby nie naturalna rywalizacja między nimi o strefy wpływów, szczególnie w tych rejonach kuli ziemskiej, gdzie występują strategiczne surowce w wielkiej obfitości. Najważniejsze z tych kopalin są nośniki energii a wśród nich ropa i gaz. Najbardziej zaś pożądanym obok żywności środkiem płatniczym jest dla totalitarnych reżymów broń, której potrzebują w dużej ilości dla utrzymania zdolności bojowej armii. Armia jest oczkiem w głowie każdego satrapy. Siły zbrojne rzekomo przeznaczone do obrony przed zewnętrznym wrogiem tak naprawdę służą do utrzymania w bezwzględnym posłuszeństwie własnego narodu. Dopóki taki satrapa mocno dzierży władzę i zapewnia nieprzerwaną dostawę kopalin pożądanych przez zachodnią cywilizację może liczyć na uznanie a nawet honory ze strony najważniejszych przywódców tak zwanego wolnego świata. Najlepszym potwierdzeniem tej tezy jest czterdziestoletnie panowanie nad Libią półkownika Kadafiego, któremu nie raz wybaczano wspieranie światowego terroryzmu. Tolerowano na jego rękach krew niewinnych ludzi a wśród nich 270 pasażerów samolotu rozerwanego nad Szkocją przez bombę podłożoną rekami jego agentów. Ten uchodzący za bezwzględnego tyrana i psychopatę oficer wyniesiony przez wojskowy zamach stanu na sam szczyt władzy w zasobnym w ropę arabskim państwie Afryki Północnej przyjmowany był wielokrotnie z wielką atencją i celebrą przez europejskich mężów stanu. Przywódcy rosyjscy pozwolili nawet na ustawienie propagandowego namiotu przez tego plemiennego kacyka na przedpolu kremlowskiej rezydencji. Nicolas Sarkozy przyjmował go we Francji z wielkimi honorami a premier Włoch Sylwio Berlusconi obejmował czule w światłach jupiterów. Motywem determinującym zafałszowane zachowanie europejskich przywódców był niewątpliwe afekt do bogatych Pol naftowych zalegających po drugiej stronie Morza Śródziemnego, pod piaskami libijskiej pustyni, Problemy zaczęły się dopiero, gdy na fali arabskiej rewolucji powstała w Libii zbrojna opozycja przeciw dyktatorowi, który w jednej chwili przestał być gwarantem interesów elit rządzących światem. Upadek dyktatorów w sąsiednich państwach arabskich nie pozostawił już cienia wątpliwości, że w Libii trzeba postawić na innego konia. Po dwóch tygodniach negocjacji, wyważania interesów poszczególnych mocarstw i wypośrodkowania możliwego do przyjęcia przez możnych kompromisu posłali swoje wspaniałe rakiety i samoloty, żeby wytłuc Manumarowi militarne zabawki, które mu wcześniej za grube miliardy dostarczyli. Fortuna favet fortibus.