Ukryta żądza zabijania
Pozorowane
szlachetne intencje i rzekomo szczytne zamiary bardzo często wykorzystywane są
przez sprytnych demagogów, jako, swoisty kamuflaż, dość skutecznie kryjący
prawdziwe motywy, skłaniające ich do zachowań, których cywilizowany człowiek
powinien się wstydzić. Jest to zjawisko w życiu społecznym tak powszechne, że
formowanie listy instytucjonalnych, choćby podmiotów praktykujących tę swoistą
hipokryzję mijałoby się z celem. Natomiast nie od rzeczy będzie posłużyć się
przykładem potężnej społecznej korporacji, która pod zafałszowaną przykrywką
altruizmu ukrywa wstydliwie żądzę zabijania.
Polski Związek Łowiecki pyszni się
w swym statucie, że jest zrzeszeniem osób fizycznych i prawnych czynnie
uczestniczących w rozwoju populacji zwierząt łownych oraz działających na rzecz
ochrony przyrody. Pięknie brzmi – prawda? Nic dodać i ująć, a jednak ciśnie się
człowiekowi na usta zasadnicze pytanie. Czemu to do realizacji tych
szlachetnych celów członkowie owego związku potrzebują kilkaset tysięcy
dubeltówek, sztucerów i noży? Ten potężny arsenał długiej, śmiercionośnej broni
stawia PZŁ w rzędzie największych organizacji paramilitarnych, liczniejszej od
wielu państwowych służb mundurowych.
Mimo podejmowania wielu działań
dla kształtowania pozytywnego wizerunku, mniej się ludziom myśliwi kojarzą ze
statutowym altruizmem, a bardziej z groźną, uzbrojoną po zęby formacją
urządzającą krwawe happeningi na łonie natury. Dotyczy to szczególnie ludzi
mieszkających w okolicach, gdzie koła myśliwskie urządzają słynne polowania z
nagonką. Pamiętam taką rzeź sprzed lat. Wieś rzadko zabudowana ciągnęła się
przy drodze biegnącej przez kompleks pól uprawnych otoczony niewielkimi lasami.
Wynajęci za drobne pieniądze, nieletni chłopcy płoszyli kołatkami i okrzykami
zwierzynę, wyganiając z lasu w stronę wsi.
Wystrojeni w rytualne uniformy
strzelcy zasadzili się wzdłuż biegnącej przez wieś drogi w oczekiwaniu na
ofiary. Przerażone zające przemykały między wiejskimi zagrodami, patrząc z
nadzieją na majaczące w oddali, postrzępione jęzory wychodzących w pola
zagajników. Nie wiedziały, że biegną wprost pod lufy myśliwskich strzelb. Huk wystrzałów
targał listopadowym powietrzem. Większość uciekających w popłochu zwierząt od
razu padała pokotem na obsiane żytem pola. Inne miotały się jak oszalałe w
przedśmiertelnym tańcu, biegając bezładnie po równinie, a tylko nieliczne
osiągały zbawczą linię lasu.
Z jednej z zagród wydostał się
nieduży, kudłaty pies. Nagła kanonada odebrała mu instynkt samozachowawczy.
Wystraszony biegł w kierunku stojącego nieopodal strzelca. Padł strzał. Piesek
zaskomlał przeraźliwie i zaczął trzepać się gwałtownie, kilka metrów od
ogrodzenia posesji. Ten swoisty festiwal zabijania obserwowali z ukrycia mieszkańcy
wsi. Po zakończeniu akcji strzelecka brać ucztowała tęgo pod lasem, wznosząc
toasty za łowiecki sukces. Z dumą patrzyli na trofea w postaci kilkudziesięciu
skrwawionych zajęcy ułożonych w rzędy na leśnej murawie. Zabrzmiał butnie
myśliwski róg obwieszczający wielkie zwycięstwo nad bezbronną zwierzyną.
Mieszkający w okolicy strażnik
łowiecki, uczestnik tego sławetnego polowania czerpał wodę do picia z własnej
studni. Tak było do dnia, kiedy zauważył w niej strzępy zwierzęcej sierści.
Podczas sondowania wydobyto z głębi pitnego źródła rozkładające się zwłoki psa,
tego samego, który stracił życie z ręki myśliwego. Dziś nie te czasy. Zniknęły
nie tylko wiejskie studnie. Na próżno by też, szukać hasających w zbożach
zajęcy i szarych szybko biegających kuropatw. Przybyło za to myśliwych. Według
różnych źródeł jest ich obecnie w kraju od stu do stu pięćdziesięciu tysięcy i
stanowią zamkniętą kastę, niedostępną dla zwykłego obywatela.
Cała ta armia wyposażona w nowoczesną broń
palną dybie na życie zwierząt żyjących jeszcze swobodnie na polach i w lasach.
Za nimi skrada się chytrze o wiele liczniejsza rzesza kłusowników nazywanych
też rapcikami. Ci częściej niż strzelbą posługują się sidłami i wnykami. Kłusownicy
zadają ból naszym braciom mniejszym z chęci zysku, niekiedy też z życiowej
konieczności. Myśliwi zabijają dla przyjemności, z premedytacją planują
uśmiercanie, zasadzając się na specjalnie wybudowanych w lasach ambonach.
Strzelając z ukrycia nie dają zwierzynie żadnych szans na uratowanie życia.

