wtorek, 28 lutego 2012

Polska katolicka



Zaraz po tym jak odsunięto komunistów od władzy wicepremier nowego, prawicowego rządu oświadczył publicznie, że „nieważne czy Polska będzie bogata czy biedna, ważne żeby Polska była katolicka. Było to oficjalne wezwanie nowej władzy do budowy państwa wyznaniowego.
Priorytetem mocno forsowanym przez wpływowe Zjednoczenie Chrześcijańsko Narodowe stała się budowa państwa na religijnym, katolickim kręgosłupie. Wszystkie inne aspiracje w tym materialne, zrzucającego peerelowski gorset społeczeństwa miały zejść na dalszy plan.

 Rozwój wydarzeń bez reszty potwierdzał słowa Henryka Goryszewskiego. Zwycięscy hierarchowie przekuwali swoją duchową potęgę na materialny dostatek z widocznymi znamionami luksusu. Mocą zwykłej instrukcji wprowadzono religię do szkół a wraz z nią tysiące etatów dla księży i cywilnych katechetów. Służby mundurowe i szpitale otrzymały duchowe wsparcie w postaci całych zastępów opłacanych z budżetu kapelanów. Słynna Komisja Majątkowa zwracała Kościołowi z nawiązką dobra przejęte przez państwo.

Wydawało się, że rodzi się i rośnie w siłę państwo wyznaniowe. Dostojnicy kościelni zajęli poczesne miejsce wśród najwyższych dostojników na państwowych uroczystościach. Ceremoniał pokropku znalazł się w centrum społecznego zainteresowania. Kropidło i woda święcona wróciły na pierwszy plan, znacząc wielkość polskiego Kościoła pławiącego się w blasku niezwykłego papieża Polaka. Nie po raz pierwszy jednak potwierdziło się porzekadło o miłych złego początkach. Okazało się, bowiem, że para poszła w przysłowiowy gwizdek.

Kościół szybko uwikłał się w polityczne rozgrywki. Hierarchowie ni potrafili wznieść się ponad ideowe podziały i po rozgromieniu postkomunistów w przygniatającej większości opowiedzieli sie duszą i ciałem po stronie radykalnej formacji prawicowej. Tym samym stali się stroną w zmaganiach o władzę, prowadzonych przez wrogie sobie frakcje wywodzące się dawnej „Solidarności”. Zapominając o przestrodze: „nie graj Wojtek, nie przegrasz portek” ponieśli wraz z sojusznikami z politycznej sceny kilka bolesnych porażek wyborczych.

Cezurą były ostatnie wybory parlamentarne, które wprawdzie potwierdziły dość silne nadal poparcie społeczne dla Kościoła, ale też ukazały wyraźną i stałą tendencję spadkową jego wpływów. Okazało się, że ogarnięte konsumpcyjnym szałem społeczeństwo nie potrzebuje już noszących sutanny przewodników duchowych. Rząd dusz przejmują sukcesywnie i nieodwołalnie celebryci oraz cudaki hasające na elektronicznych i wdzięczące się na gazetowych obrazkach. W rolę nowych świątyń wcieliły się galerie handlowe i hipermarkety.

Siłą sprawczą obyczajowych przemian jest wprawdzie wiejący z Zachodu potężny wiatr konsumpcjonizmu, nihilizmu i relatywizmu moralnego, ale nie w mniejszym stopniu Kościół sam sobie jest winien skoro nie przestawił oferty dla tej części wiernych, która nie daje się nabrać na prymitywną, ksenofobiczną propagandę płynącą z toruńskich rozgłośni ojca dyrektora. Nie przyniosło też efektów poluzowanie rytualnych rygorów i obniżenie etycznych progów, żeby utrzymać szerokie rzesze wiernych kultywujących praktyki religijne.

Zmiany w prawie cywilnym zapewniające kapłanom prawo do udzielania ślubów ze skutkiem prawnym początkowo uznane za wielki sukces w efekcie Kościołowi na dobre nie wyszły. Okazało się, bowiem, że młode pary wcale nie garną się na ślubny kobierzec i roku na rok coraz częściej mieszkają sobie na „kocią łapę”. Ślubowanie przed ołtarzem jest wypierane przez wpis na Facebooku informujący o zmianie statusu z  „wolny” na „w związku”.
Wstydliwym zjawiskiem stał się tak zwany sponsoring, czyli prostytucja wśród studentek.

Brak sukcesów w ewangelizacji duchowni próbują sobie zrekompensować przymuszaniem wiernych do przestrzegania przykazań i zaleceń przy pomocy sankcji egzekwowanych przez państwo. Hierarchowie wciąż naciskają na Sejm w sprawie ustanowienia takich regulacji prawnych, które mogłyby zapewnić przestrzeganie całkowitego zakazu aborcji, in vitro i stosowania środków antykoncepcyjnych. Dotyczy to także drastycznego ograniczenia handlu w niedziele i dni świąteczne, ale szukanie wsparcia w aparacie przymusu to dotkliwa porażka.

Cokolwiek groteskowo brzmią gorzkie żale duchownych o rzekomej dyskryminacji katolików w kraju, gdzie państwo hojną ręką łoży na potrzeby Kościoła utrzymując fundusz kościelny, wyznaniowe uczelnie, szkoły, katechezę i kapelanów. W Polsce gdzie katolicy zajmują w ponad dziewięćdziesięciu procentach stanowiska w rządzie, Sejmie i na wszystkich szczeblach administracji. W państwie, gdzie premier usankcjonował przed ołtarzem swoje małżeństwo a prezydent ostentacyjnie obnosi się ze swoją religijnością.

Prawda jest jednak bezlitosna. Kurczy się i zanika religijność duchowa ustępując miejsca fasadowej. Okazało się, że Polska katolicka to już była. Zaskakujące, że istniała za czasów represyjnej, zwalczającej wszelki kult religijny komuny. Z wewnętrznej potrzeby ludzie uczestniczyli w obrzędach religijnych. Powstrzymywali się od jedzenia na wiele godzin przed przystąpieniem do sakramentu.  W ukryciu milicjanci i partyjni funkcjonariusze zawierali kościelne małżeństwa i wysyłali dzieci do komunii. Tamta Polska dała światu Wielkiego Papieża.

piątek, 10 lutego 2012

Na krawędzi niemocy



Konia z rzędem temu, kto dałby w miarę trafną odpowiedź na pytanie, dokąd zmierza państwo polskie? Mało tego, rodzą się poważne wątpliwości czy elity polityczne sterujące nawą państwową mają jakąkolwiek wizję biegu wydarzeń wykraczającą poza kilka tygodni a może nawet kilka dni. Trudno, więc wymagać od obserwatorów życia politycznego zdefiniowania formy organizacyjnej społeczeństwa i skutków na przyszłość, wynikających z takiego jej funkcjonowania, skoro polityczni przewodnicy sami nie wiedzą gdzie idą.

Odkąd rządowi Donalda Tuska przestała wystarczać ciepła woda w kranach, ze słusznej obawy o dogasający ogień pod kotłami, został on zmuszony do podjęcia prób zreformowania kulawego państwa. Rzecz w tym, że materia, czyli społeczeństwo okazała się nad wyraz oporna i niepodatna na systemowe zmiany, sygnowane mało nęcącą obietnicą rzekomo lepszej, lecz odległej przyszłości kosztem natychmiastowych i bolesnych dolegliwości. Lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu – mawiają przeciwnicy wszelkich zmian.

Rzecz w tym, że lepiej to już było. Wtedy, kiedy wzrastał poziom życia pewnej, znaczącej części społeczeństwa finansowany z łatwych źródeł, czyli wyprzedaży majątku narodowego i zaciąganiu długów bez opamiętania. Niestety dalej się już nie da. Przestrogą, która otworzyła wreszcie oczy decydentów stał się upadek lekkomyślnej i rozrzutnej Grecji oraz sygnały o znajdujących się na krawędzi bankructwa innych krajach, w tym zasiedziałych od dawna w strukturach unijnych Włoch oraz bogatszych od nas, Hiszpanii i Portugalii.

Cóż z tego, że część elit zaczyna rozumieć konieczność wprowadzenia znacznych oszczędności budżetowych, skoro nowobogaccy biznesmeni i narcystyczni celebryci preferują rozrzutny styl życia, dając zły przykład gorzej sytuowanym warstwom społecznym. Do konsumpcji zachęcają media, przygniatając wprost lawiną agresywnych reklam, zniewalających do kupowana towarów, często całkiem zbędnych. Dlatego każde działanie rządu prowadzące choćby do chwilowego obniżenia poziomu życia rodzi zdecydowany opór.

Rządowi Platformy i PSL-u w krótkim czasie utarli nosa lekarze, służby mundurowe i internauci. Na podobny epilog zanosi się przy reformowaniu systemu emerytalnego. Po blamażu z obiecującym emerytom” złotą jesień” tak zwanym drugim filarem, nikt już nie daje się nabrać na obietnice bez pokrycia. Ustępujący pola kolejnym protestom premier, niedawno jeszcze podziwiany za zwycięstwo wyborcze, jawi się dziś, jako chłopiec do bicia. Wystarczy trochę na niego nakrzyczeć, żeby zmusić do porzucenia reformatorskich zapędów.

Tymczasem rzeczywistość skrzeczy. Nie ma, co się zachwycać statystycznym wzrostem PKB, który napędzany jest przez ciągle wysoki popyt wewnętrzny, finansowany w dużym stopniu kredytem. Z niewielką przesadą można stwierdzić, że 80 % obywateli zajmuje się biurokracją, zarządzaniem, pośrednictwem i handlem. Ropy i gazu dostarczają nam Rosjanie a większość artykułów niezbędnych do życia produkują dla nas Chińczycy. Bilans handlowy z zagranicą jest dla nas niekorzystny. Rośnie nieustannie dług publiczny.

Zasadnicze problemy naszego kraju spychane są na dalszy plan również za sprawą mediów szukających taniej sensacji i poświęcające tak wiele czasu wierutnym bzdurom. Przykładem bezmyślności była kilkudniowa zadyma wokół niedoszłego meczu o Superpuchar, co miał się odbyć na Stadionie Narodowym. W środku zimy, przy dwudziestostopniowym mrozie, w iście stachanowskim tempie układano wyhodowaną w cieplarnianych warunkach murawę, żeby mogło odbyć się spotkanie dwóch złożonych z przeciętnych kopaczy polskich drużyn.


Gdzie te czasy, gdy zawody sportowe na otwartym powietrzu rozgrywano latem, kiedy trawa sama rośnie na boisku? Dziś założenie trawnika na piłkarskim stadionie kosztuje krocie, bo monstrualne dachy zasłaniają słońce, bez, którego nie ma wegetacji roślin. Trzeba, więc wymieniać darń kilka razy w roku jak miało to miejsce w Poznaniu. Kto zapłaci za tę bezmyślną rozrzutność?  Kto policzy ile jest takich zdarzeń, składających się na obraz naszego państwa, w którym wszystko zaczyna stawać na głowie i kto za to zapłaci?

Zwykli ludzie zaczynają gubić się w tym potwornym bałaganie eufemistycznie nazywanym demokracją. Przygniatani lawiną zbędnych, nic nieznaczących słów, emitowanych natarczywie przez niezliczone media, gubią się zawieszeni w przestrzeni między medialnym dobrostanem a dotkliwie uwierającą rzeczywistością. W takim właśnie momencie opuszcza nas wielka poetka, mistrzyni oszczędnego słowa, bogato wyposażonego w treści dźwigające zapominane dziś wartości, bez których ludzkość jest tylko miotającą się bezładnie populacją. 

środa, 1 lutego 2012

Wojownicy cyberprzestrzeni

 


Konsumpcjonizm, który jawił się, jako najwyższe stadium rozwiniętego kapitalizmu niezwykle szybko osiągnął swoje apogeum i wszedł w schyłkową fazę. Na naszych oczach targane wewnętrznymi sprzecznościami, bankrutuje właśnie państwo dobrobytu. Okazało się, że na dłuższą metę nie sposób pogodzić sprzeczności, które podzieliły współczesny świat. System dominujący dziś, w którym wszystko jest na sprzedaż, napędzany chciwością i żądzą zysku starł się z potężną, młodzieżową subkulturą, która chce mieć wszystko za darmo.

Do starcia tych dwóch odmiennych światów doszło momencie, kiedy rządy rozwiniętych państw chroniące globalną finansjerę, idąc w ślad za jedynym supermocarstwem zdecydowały się podpisać i wdrożyć wielostronną umowę handlową o zwalczaniu piractwa medialnego i obrotu podrabianymi dobrami, znaną powszechnie, jako ACTA. Skala protestu i determinacja przeciwników wprowadzenia w życie restrykcji wobec osób naruszających prawa twórców i właścicieli marek handlowych przerosła najbardziej pesymistyczne oczekiwania władz.

Wirtualna grupa Anonymous głosząca występująca werbalnie przeciw korupcji, konsumpcjonizmowi i cenzurze, głosząca, że rządy powinny się bać swoich obywateli zjednoczyła pod swoim wezwaniem tysiące młodych ludzi kontestujących ich zdaniem, represyjny system społeczny. Ten bunt przeciw establishmentowi odwołując się do ideałów wolności przypomina słynny ruch hipisowski z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Z tym, że pokolenie dzieci – kwiatów było raczej pasywne, bez tak skutecznej broni jak Internet.

Dzisiejsi buntownicy dysponując nieograniczoną anonimowością i swobodą w sieci posiadają swoje zbrojne ramię. Wojownicy cyberprzestrzeni nazywani swojsko hakerami zaatakowali, więc zdecydowanie i skutecznie strony rządowe wprawiając w popłoch władze i ośmieszając liczne, wysoko opłacane służby powołane do zapewnienia bezpiecznego funkcjonowania państwa. Uderzając w newralgiczne miejsca obszaru sprawowania władzy wsparli mocno tym samym żywiołowe, uliczne protesty swoich kolegów internautów. 

Pod silną presją „anonimowych” rząd premiera Donalda Tuska skapitulował kolejny raz od triumfalnego rozpoczęcia drugie kadencji. Ustępstwa wobec szantażu lekarzy i żądań płacowych służb mundurowych mocno nadszarpnęły już prestiż sprawującej władzę koalicji. Najbardziej dotkliwa jest jednak kolejna rejterada rządu w obliczu oskarżeń o ograniczenie praw obywatelskich, a szczególnie prawa do wolności w cyberprzestrzeni. Kładzie, bowiem cień na moralnej legitymacji władzy do powoływania się na etos „Solidarności”.

Nie ma wolności bez” Solidarności”! Ten okrzyk znaczył początek drogi odejścia od komunizmu w kierunku nielicencjonowanej demokracji.- Nie ma wolności bez odpowiedzialności – odpowiadał uważany dziś za łamiącego prawa człowieka dyktator. Po trzydziestu latach ci sami bojownicy o wolność, aktualnie trzymający władzę atakowani są przez młode pokolenie za zakładania obywatelom kagańca. Historia zatoczyła koło, potwierdzając stare porzekadło, że punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia.

Trudno się dziwić dzisiejszej młodzieży, że z taką determinacja broni darmowego dostępu do przyjemności oferowanych w Internecie. Jest to w zasadzie jedyna sfera życia, gdzie młodzi ludzie mogą się odnaleźć po tym jak odebrano im prawo do stałej pracy i godziwego wynagrodzenia.  Brak perspektyw na przyszłość mimo zdobytego wykształcenia, presja na emigrację zarobkową, bezwzględny wyzysk ze strony pazernych pracodawców – wszystko to stawia młodzież w opozycji do władzy i skłania do protestów, niekiedy drastycznych.

Sprawujący władzę muszą sobie zdawać sprawę, że chaos ogarniający świat, kontestowanie prawa do znaków towarowych, łamanie prawa do ochrony dóbr intelektualnych jest częścią tego samego sytemu społecznego, w którym wszechobecne, spekulacja i lichwa rujnują życie milionów ludzi spychając ich na społeczny margines. I taka jest niestety druga, wstydliwie skrywana strona pyszniącego się złotym blaskiem medalu. Już czas porzucić asekurancką metodę doraźnych napraw i szukać lepszego, kompleksowego rozwiązania.