sobota, 17 grudnia 2011

Idą Święta

 


Święta Bożego Narodzenia stały się w erze wybujałego konsumpcjonizmu najważniejszym bodaj chwytem marketingowym. Od pewnego czasu zatraciły rangę długo i niecierpliwie oczekiwanego, tajemniczego i uroczystego przeżycia duchowego, na rzecz wydłużonego do ponad miesiąca cyklu intensywnej kampanii reklamowej. Zostały wykorzystane, jako motyw przewodni akcji handlowej, prowadzonej w formie zmasowanego ataku na kieszeń podekscytowanych, sztucznie wzbudzoną, świąteczną atmosferą klientów.

W pełnej entuzjazmu inwazji konsumentów na kuszące świątecznym wystrojem handlowe świątynie przejawia się mania nabywania, skwapliwie podsuwanych przez speców od namolnego marketingu bożonarodzeniowych prezentów. Promocyjno-reklamowy blichtr potęguje złudne wrażenie, że handlowcy pragną nas bezinteresownie uszczęśliwić wysyłając miedzy ludzi tysiące Świętych Mikołajów z prawie darmowymi prezentami. Niestety, życie boleśnie nas poucza, że nie ma nic za darmo a za rzekome prezenty trzeba słono zapłacić.

Wśród rozdających lekką ręką zafałszowane, świąteczne upominki jak zawsze nie brakuje polityków. Dodatkową okazję wzmacniającą marketingową aktywność liderów zabiegających o przychylność wyborców była w tym roku okrągła, trzydziesta rocznica ogłoszenia stanu wojennego. To bolesne dla narodu wydarzenie nie od dziś budzi wśród Polaków kontrowersje i skrajnie odmienne odczucia. Dla jednych był to zamach przeciw dążeniom społeczeństwa do wolności, dla innych ratunek przed nieuchronnym rozlewem krwi.

Skłócone na amen formacje postsolidarnościowe nie omieszkały, każda na swój sposób wykorzystać okrągłą rocznicę do podniesienia sobie słupków sondażowych. Licytowały się przy tym w potępianiu autorów rzekomo bezprawnie wprowadzonego stanu wojennego i wykonawców akcji represyjnych wymierzonych trzydzieści lat temu, w strajkujących robotników, inspirowanych przez tak zwaną demokratyczną opozycję. Nic tak nie podnosi samopoczucia partyjnych liderów jak zdyskredytowanie politycznych przeciwników.

Premier potępiając peerelowskich generałów, jako sprawców represji wobec narodu mówił wzniośle o braku wybaczenia dla łajdactwa, którego doświadczyło wtedy z ich winy społeczeństwo polskie. Słuchającym tej retoryki nasuwa się jednak nieodparte wrażenie, że służy ona do odwrócenia uwagi od aktualnych problemów państwa polskiego i płynących z nich zagrożeń. Chodzi szczególnie o wyparcie ze społecznej pamięci informacji o porażającym swoją wielkością długu publicznym i nie mniej groźnym zadłużeniu obywateli.

Może, więc lepiej zostawić te łajdactwa wrednej komuny licznym zastępom historyków Instytutu Pamięci Narodowej. Trzydzieści lat to wystarczający szmat czasu, żeby ukoić ból pokrzywdzonych przez tamtą władzę ludzi. Wydaje się, że dziś należy raczej pochylić się nad krzywdą wyrządzaną ludziom każdego dnia przez aktualną władzę i zadać sobie pytanie czy można odpuścić grzechy animatorom przemian ustrojowych odpowiedzialnym za wykluczenie i zepchnięcie na margines społeczny setek tysięcy obywateli?

Czyż nie jest łajdactwem, gdy niegdysiejsi obrońcy klasy robotniczej oskarżający komunistycznych prominentów o korzystanie z nienależnych, choć tak naprawdę dość skromnych przywilejów sami pławią się dziś w luksusie a ich podopieczni dawno już zostali wyrzuceni na bruk. Nie rzadko też zasilili armię zdemoralizowanych alkoholików spędzających czas przed sklepami w oczekiwaniu na litościwych fundatorów, lub zwielokrotnili klientelę jadłodajni brata Alberta oraz cuchnących noclegowni.

Czyż nie jest łajdactwem doprowadzenie do ogromnej przepaści w dochodach między prowadzącymi próżniacze życie spekulantami a ludźmi utrzymującymi się z pracy własnych rąk? Jak to jest, że bogacze beztrosko wydają po 3000 złotych na dobowy pobyt w hotelu, czyli kwotę stanowiącą równowartość dwóch miesięcy pracy robotnika, za którą musi utrzymać całą, często liczną rodzinę? Jak nazwać rozdawanie jałmużny ludziom, których wcześniej ograbiło się z rezultatów ich ciężkiej pracy?

Niewiele konkretów ma też do zaoferowania opozycja parlamentarna. Szuka społecznego poparcia w dalekiej przeszłości wyprowadzając swoich zwolenników na ulice pod pretekstem uczczenia ofiar stanu wojennego, Nic nie ujmując ich pamięci mieszczą się oni w tym samym panteonie narodowym, co ofiary zamachu majowego, strajków chłopskich i więźniów twierdzy brzeskiej. Śmierć i cierpienie zadane przez władzę sprawiają taki sam ból, niezależnie od tego, jaka opcja polityczna się tego dopuściła.

Wydaje się, że politycy korzystają właśnie z przedświątecznego tumultu i wrzawy i bijąc w populistyczny bębenek starają się, co sił odwrócić uwagę obywateli od prawdziwych problemów, których im przysporzyli swoją niewiedzą i arogancją i chciwością a których rozwiązać niestety nie potrafią, a może wcale nie chcą. Pozostaje, więc życzyć ludziom dobrej woli, żeby harce handlowców i polityków nie zagłuszyły im całkiem przesłania płynącego z Betlejem w tę szczególną, cichą noc.

środa, 7 grudnia 2011

Strefa demagogi

 

W naszej wypaczonej demokracji przegrana walce o władzę w państwie formacja polityczna otrzymuje na pocieszenie status opozycji parlamentarnej na prawach za nic nie odpowiedzialnej świętej krowy. Może wprawdzie i powinna wpływać na stan państwa przedstawiając w Sejmie dobre, lecz alternatywne w stosunku do rządowych projekty rozwiązywania bieżących problemów politycznych i społeczno-gospodarczych, lecz się tego nie ima.

Po co się wysilać na tworzenie konkurencyjnego programu zarządzania państwem, skoro znacznie lepsze efekty propagandowe można osiągnąć przez totalne negowanie wszystkich działań rządzącej większości, przy pomocy często wyssanej z palca czarnej propagandy tworzonej tylko po to, żeby obrzydzić w oczach wyborców przeciwników politycznych aktualnie trzymających władzę. Zniechęcić obywateli do proponowanych przez nich reform, bez względu na ich merytoryczną treść i społeczną przydatność.

Wobec takiej mentalności klasy politycznej państwo polskie utrzymuje setki wysoko opłacanych leni i próżniaków, których głównym zajęciem jest występowanie w mediach. Posłowie, senatorowie oraz obsługujący ich urzędnicy byczą się za pieniądze podatnika. Wyznając i stosując zasadę, że im gorzej tym lepiej zajmują się dezinformacją w celu wywoływania w społeczeństwie nastrojów niezadowolenia i nakłanianiem do demonstracji przeciw rządowi.

Na skutek rezygnacji z kłopotliwej, publicznej debaty o charakterze merytorycznym demagogiczna opozycja wybiera taką płaszczyznę do zwarcia z rządem, gdzie tani populizm, wsparty kłamstewkiem, pomówieniem i insynuacją z powodzeniem wystarczy do grania na nosie władzy i poniewierania raz po raz kolejnych jej przedstawicieli. Nieważne, za co, ważne żeby walić w rządzących jak bęben przy każdej, nadarzającej się okazji.

Takim bezpiecznym dla napastników polem do politycznych harców jest wrażliwy dla większości Polaków kanon o absolutnej nadrzędności niepodległości i suwerenności państwa polskiego w stosunku do wszystkich innych priorytetów życia publicznego. Z braku zagrożeń dla narodowego bytu liderzy prawicowej, nacjonalistycznie nastawionej formacji wprost prześcigają się w wymyślaniu i rozpowszechnianiu rzekomo czyhających i dybiących na dobro Rzeczpospolitej niebezpieczeństw.

Hasłem wywoławczym grupujących siły nawiedzonych obrońców niepodległości jest dziś strefa euro. Wszelkie inicjatywy prowadzące do umocnienia Unii, która jest wspaniałym osiągnięciem i dobrem wszystkich Europejczyków wywołują natychmiastową alergię u zwolenników dezintegracji państw europejskich. Larum grają nie bacząc, że rozbicie a nawet osłabienie wspólnej Europy będzie prowadzić natychmiast do silnego uzależnienia naszego kraju od któregoś potężnych graczy brylujących na światowym boisku.

Niechęć do Brukseli nie przeszkadza eurosceptykom w czerpaniu wielorakich korzyści płynących z integracji. Przypominam sobie rolnika w podeszłym wieku, który odmawiał przyjmowania emerytury argumentując, że nie godzi się przyjmować dziadowskich pieniędzy. Na tak spektakularny gest nie stać niestety przeciwników integracji, zarówno tych, co bogacą się zasiadając w unijnych gremiach jak i tych, którzy kiedyś głosowali przeciw wejściu Polski do Unii a dziś ochoczo pobierają niemałe pieniądze z tytułu rolniczych dopłat.

Nie mając nic dobrego do zaoferowania Polakom, działając w imię zaspokojenia żądzy władzy i manii własnej wielkości nie zawahają się wyprowadzić ludzi na ulicę w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego w Polsce w obronie rzekomo zagrożonej niepodległości. Szkoda tylko, że ten patriotyczny gest zostanie zaprezentowany trzydzieści lat za późno.

Ktoś, kto wyprowadziłyby w obronie wolności i niepodległości w grudniu 1981 roku, kilka tysięcy ludzi na ulice Warszawy byłby niekwestionowanym bohaterem narodowym. Ten sam wyczyn dziś musi być traktowany przez normalnych ludzi, jako polityczne nadużycie, zaś jego inspirator i przywódca, jako nieuleczalny maniak niebezpieczny dla spokoju społecznego w państwie.

Mala causa silenda est.