czwartek, 24 listopada 2011

Między fałszem i absurdem


Według rzekomych mędrców i samozwańczych autorytetów brylujących we wszechobecnych mediach elektronicznych, burzliwy w naszych czasach rozwój cywilizacji osiąga właśnie wyżyny doskonałości. Rozpędzony świat pokonuje w ekspresowym tempie progi kolejnych epok: przemysłowej, postindrustialnej, informatycznej.

Całkiem inny jednak obraz rzeczywistości wyłania się tej matni fałszu i obłudy, jeśli się znajdzie jakąś szczelinę w otoczce agresywnego marketingu, złocącego chorą tkankę społeczną, lichą farbą taniego blichtru. Mało, kto, niestety chce sobie w ten sposób psuć dobry nastrój tym bardziej, że społeczeństwo ślepo oddaje się przyjemności totalnej konsumpcji.

Od czasów feudalizmu, pańszczyzny i poddaństwa nie było w naszym kraju tak głębokich podziałów społecznych i nierówności w dochodach. Rośnie przepaść między opływającymi w dobra tego świata kapitalistami, ludźmi władzy, beneficjentami uprzywilejowanych korporacji i celebrytami z jednej strony a spauperyzowaną siłą najemną i całą resztą dołów społecznych.

Szczególnie dotkliwie nowe porządki uderzyły w wielkoprzemysłową klasę robotniczą, która przetrwała szczątkowo tylko w dawnych socjalistycznych gigantach takich jak Polska Miedź, Orlen, Kopalnia Węgla i Elektrownia Bełchatów i jest o dziwo klientelą polityczną radykalnej prawicy. Cała reszta szeregów tej wielomilionowej armii pracy przepadła razem z przemysłową masą upadłościową PRL-u.

Na naszych oczach ten sam kapitalizm, który na fali niezadowolenia z komuny powrócił do kraju dwadzieścia dwa lata temu na robotniczych plecach, odebrał swoim dobroczyńcom i nosicielom najpierw prawo do stałego zatrudnienia, potem ośmiogodzinny dzień pracy a ostatnio przywileje branżowe i prawo do emerytur po ukończeniu 60 i 65 lat pracy. Czyż to nie prawdziwy chichot historii?

W zamian, zniesmaczone mizerią życia w stanie wojennym społeczeństwo, zostało wciągnięte w chocholi taniec oszalałej konsumpcji. Na sfinansowanie uroków doraźnego dobrobytu nie wystarczyło jednak pieniędzy w wyprzedaży majątku narodowego. Trzeba było zaciągać długi na zatkanie dziury budżetowej, z roku na rok rosnącej w zawrotnym tempie.

Ojcowie założyciele nowego ładu społeczno-gospodarczego lekkomyślnie i beztrosko oddali gospodarkę kraju na łaskę i niełaskę zachodniego kapitału. Transformacja ustrojowa, której kręgosłupem była prywatyzacja, dokonywała się w korupcyjnej otoczce, burząc ład moralny oparty na poszanowaniu państwowej własności, będącej efektem harówki licho opłacanych dwóch pokoleń ludzi pracy.

Wielkim grzechem kolejnych rządów była rozrzutność i marnotrawstwo publicznego grosza. Słynne cztery wielkie reformy Buzka przygotowane i wdrożone bez ekonomicznych kalkulacji nadały deficytowi budżetowemu charakter systemowy i stały się motorem wzrostu długu publicznego. Grzechem głównym tych nieprzemyślanych i nieuzasadnionych zmian był niesłychany przyrost zatrudnienia w sferze budżetowej.

Powołana do życia armia zbędnych urzędników w szybkim tempie osiągnęła liczebność znacznie przewyższającą połączone siły armii, policji i wszystkich innych formacji paramilitarnych. Towarzyszą im liczne brygady radnych czerpiących skolko godno z deficytowych budżetów zadłużających się beztrosko samorządów.

Przeglądając słynną listę postulatów stoczniowców, która w efekcie wywróciła do góry nogami socjalizm widać wyraźnie, że robotnicy nie tylko nic nie zyskali, ale stracili całkiem spory pakiet praw pracowniczych i stali się obywatelami drugiej kategorii. Jedynym znaczącym osiągnięciem tamtych dni społecznej burzy i naporu było oderwanie Polski od zbankrutowanego obozu radzieckiego i dołączenie do lepszego, zachodniego świata.

Szkoda tylko, że akurat w tym czasie zachodnia cywilizacja robiła zwrot w stronę rozpasanego liberalizmu i bezmyślnego konsumpcjonizmu opartego na nieograniczonym kredycie, generującego potwornie wysokie zadłużenie państwa i społeczeństwa. Instytucje finansowe dla zmylenia zwane rynkami rozrosły się w międzyczasie do monstrualnych rozmiarów i zachowują się jak tkanka rakowa w organizmie człowieka.

Wartość materialna oderwana od wkładu pracy stała się kategorią wirtualną. Tak zwane rynki finansowe kreują łżeepieniądze nazywane elegancko instrumentami pochodnymi a spekulacyjny handel długami wymknął się spod kontroli emitentów papierów dłużnych i przemieszcza się niczym tsunami doprowadzając do ruiny gospodarki kolejnych krajów.

Zachodnia cywilizacja miota się na polu minowym między fałszem a absurdem. Polska jest mimowolnym uczestnikiem tych zmagań. Jesteśmy w mniejszym stopniu graczem, a w większym pionkiem w tej niebezpiecznej grze. Nikt jednak nie zwolni nas z odpowiedzialności za bezpieczne przejście przez historyczne zawirowania i meandry.

Podany w zarysie przez premiera program działań dla nowego rządu zaledwie nieśmiało dotyka węzła splątanych problemów, trzymających w coraz bardziej krępującym uścisku nasze społeczeństwo. Pomija zupełnie największy z nich, samonakręcający się systemowo nieustanny wzrost nierówności społecznych.

Bez rozwiązania tego problemu nic nie powstrzyma rosnącego zadłużenia państwa, które wkrótce może doprowadzić nas do zguby. Nie da się, bowiem zacisnąć pasa biednym popuszczając jednocześnie bogatym. Nie da się wyprowadzić społeczeństwa z kryzysu bez nośnej idei, która będzie oświetlać naszpikowaną przeszkodami drogę do bardziej stabilnej i pewnej przyszłości.

W sejmowym ekspoze premiera Donalda Tuska zabrakło niestety zarówno nośnej idei, jak i  rzetelnej buchalterii. Parcere subiectis et debellare superbos. 

czwartek, 17 listopada 2011

Nowe orły Tuska



W otoczce medialnych dociekań i spekulacji premier Donald Tusk niczym wytrawny iluzjonista wyciągnął z koalicyjnego kapelusza dziewiętnastu ministrów, którzy w marszu muszą się zmierzyć z nadciągającym od południa Europy kryzysem światowej gospodarki i finansów. Z kryzysem, który zaczyna szczerzyć kły i ostrzyć pazury przed rychłym uderzeniem w kolejne unijne kostki domina.

W składzie nowej Rady Ministrów trudno by szukać latających orłów. Jeśli nawet udałoby się jakieś znaleźć, to chyba tylko te zmodyfikowane, ostatnio popularne, znane z koszulek futbolistów narodowej reprezentacji. Tam nowe emblematy słusznie wprowadzono w miejsce prawdziwych orłów upokorzonych długotrwałą degrengoladą kadry, wyselekcjonowanej przez trenera Franciszka Smudę.

Bez przesadnego narzekania, w składzie osobowym rządu można jednak dopatrzyć się kilku całkiem niezłych fachowców, którzy wspólnie z niektórymi debiutantami mogą stworzyć zespół zdolny do złagodzenia ataku zachłannych rynków finansowych, uzbrojonych po zęby w rządowe papiery dłużne i rozbuchane zobowiązania kredytowe szalejącego od dawna na zakupach społeczeństwa.

Mniej ważnym, bowiem jest, kto będzie dzierżył władzę, od tego, jaki program gospodarczy i społeczny Prezes Rady Ministrów zechce przy pomocy swojej ekipy wcielać w życie. W tym miejscu ciśnie się na usta pytanie czy gabinet Platformy i PSL-u stać na dokonanie prawdziwych, może nawet przejściowo bolesnych dla społeczeństwa reform.

Papierkiem lakmusowym zdolności nowej ekipy do reformowania państwa będzie skuteczność działań obniżających deficyt budżetowy, dług publiczny i mało jeszcze znany wskaźnik Giniego obrazujący rozpiętość między dochodami osiąganymi przez społeczne doły a tymi będącymi udziałem śmietanki biznesowej.

Skuteczne zmniejszanie nierówności społecznych mogłoby zaprocentować przyzwoleniem elektoratu dla stopniowej likwidacji nieuzasadnionych przywilejów branżowych i emerytalnych mocno obciążających budżet państwa. Uszczelnianie państwowej kasy trzeba jednak zacząć od oszczędności w rozbudowanym ponad realne potrzeby państwowym i samorządowym aparacie urzędniczym.

Nie chodzi o nadmierne zaciskanie pasa, ale o racjonalne gospodarowanie nie tak małymi przecież dochodami, które można jeszcze wzbogacić przez większą partycypację w utrzymaniu państwa ze strony sektora gospodarczego i finansowego, które przecież w największym stopniu korzystają z infrastruktury i bezpieczeństwa.

Nie zawsze wielkie pieniądze dają gwarancję sukcesu. Przekonali się o tym sympatycy sportu olimpijskiego. Miliony złotych wydane na indywidualne przygotowania „pieszczochów” do Igrzysk Olimpijskich w Londynie nie zaowocowały ich wysoką formą sportową. Największe tuzy polskiego sportu blado wypadły na tegorocznych mistrzostwach świata. Nową minister Joannę Muchę czeka trudne zadanie,

Tusk team może odeprzeć atak spekulantów finansowych i odnieść sukces w dalszej perspektywie czasu tylko wtedy, kiedy uda mu się skupić większość Polaków wokół jakiegoś ważnego i mocnego wyzwania, które odsunie na dalszy plan wiarę w bożka chciwości zaszczepioną polskiemu społeczeństwu na progu przemian ustrojowych.

wtorek, 15 listopada 2011

Odłamki czasu

Odłamki czasu to urzekająca opowieść człowieka, który ukochał świat, w którym przyszło mu żyć, z najdrobniejszymi jego przejawami, z bogactwem typów ludzkich, książka zrodzona z tęsknoty za tym, co przeminęło, a także z wdzięczności za życie, które dane mu było przeżyć, zrodzona z prawdziwej radości istnienia. Dzięki niej po części spełnia się pragnie autora, aby „nic nie ginęło ostatecznie, tylko zostało utrwalone w głębi największej tajemnicy wszechświata, do której poznania nieustannie dążymy od zarania świadomości”.

sobota, 12 listopada 2011

Wstyd narodowy



Gwałt niech się gwałtem odciska a ze słabością uczmy łamać się za młodu – te słowa wieszcza narodowego w innej wypowiedziane epoce i do innej odnoszące się sytuacji nabrały aktualności po świątecznych zamieszkach w Warszawie. Stały się przestrogą i radą przed skutkami pobłażania łobuzerii zakamuflowanej pod sztandarami patriotyzmu i narodowej godności.

 Tak się niestety składa, że im bardziej ktoś szczytnymi i szlachetnymi hasłami szermuje tym bardziej niecne ukrywa pod nimi intencje. Niewiedzę o ludzkiej przewrotności można wybaczyć każdemu, ale nie władzy, która z założenia sama siebie uważa za wszystko wiedzącą.

Dlatego nie może być usprawiedliwienia dla władz za dopuszczenie do recydywy ubiegłorocznych, listopadowych zamieszek na ulicach Warszawy, które za przyczyną rozzuchwalenia bezkarnością ich uczestników wybuchły w tym roku ze zwielokrotnioną siłą.
Wyrządziły też o wiele większą krzywdę ludziom i straty materialne społeczeństwu.

Nie mogło wszakże być inaczej skoro przez cały rok prawicowe elity zamiast potępiać chuligańskie ekscesy młodzieżowych gangów dewastujących stadiony sportowe zaczęły przypisywać łobuzom szlachetne intencje kultywowania patriotyczno- narodowych wartości. Wsparcia moralnego i prawnego zakapturzonym złoczyńcom udzielili także czołowi politycy Prawa i Sprawiedliwości.

Nie bez winy jest także prezydent Bronisław |Komorowski, który nadając najwyższe odznaczenie Orła Białego byłemu senatorowi Zbigniewowi Romaszewskiemu podpisał się pod wsparciem, jakiego ten etosowy polityk udzielił hersztowi stadionowej, znarkotyzowanej dziczy niejakiemu Staruchowi, przebywającemu aktualnie w wiezieniu,

Ciśnie się na usta pytanie, gdzie byli i co robili przez cały rok ludzie odpowiedzialni za bezpieczeństwo państwa i dlaczego nie przygotowali stosownych zmian w ustawach, które mogłyby zabronić demonstracji ulicznych faszystowskim i lewackim formacjom, o których wiadomo, że demonstrują swoją rzekomą wyższość i poczucie siły za pomocą ulicznej rozróby.

Po groźnych ulicznych zamieszkach słychać głosy o narodowym wstydzie. Ten wstyd nie hańbi jednak całego społeczeństwa tylko tę jego część, która uważa się za naród. Tak to właśnie wydedukowała Zuzanna Kurtyka po przegranych wyborach senatorskich ogłaszając, że naród jest tyko częścią tego społeczeństwa, tą patriotyczną.

 Wypada, zatem powiedzieć; Niech się ten wybrany naród wstydzi za łobuzerię podpalającą samochody pod znakami Wszechpolaków i innych neofaszystowskich ugrupowań wspieranych czynnie i moralnie przez zagranicznych pobratymców. Niech się wstydzą publicyści: Rafał Ziemkiewicz, Jan Pospieszalski i wielu innych głoszący rację i chwałę radykalnych, prawicowych ugrupowań.

Niech się wstydzi premier, rząd i prezydent Warszawy za bezsilność wobec grających im na nosie bandytów w kapturach przypominających, jako żywo członków Ku Klux Klanu, wychodzących legalne na ulice, żeby się fizycznie i psychicznie się wyżyć i zademonstrować pogardę dla słabszych i dla prawa, które ma chronić państwo i obywateli, ale nie chroni.

Entuzjaści nowego porządku nazywali często młodych, wychowanych w Polsce po politycznych i gospodarczych zmianach pokoleniem JP II. Myślę, że czas już zaniechać używania tego określenia ze względu na wielkość i szlachetność człowieka, który zasłużył sobie na lepiej wychowanych wielbicieli i naśladowców.

Elite ad deliberandum.

wtorek, 8 listopada 2011

Dramat prawicy



 Wszystkie znaki na medialnym horyzoncie zgodnie zapowiadają, że oto na naszych oczach rozpada się właśnie potężny i niewzruszony dotąd blok narodowo-katolicki, dominujący od lat po prawej stronie polskiej sceny politycznej. Destrukcja monolitu szybko postępuje a temperatura towarzyszących jej newsów i komentarzy dochodzi do stanu wrzenia.

Na medialnej płaszczyźnie w atmosferze sensacyjnych igrzysk obserwujemy zmagania wybitnych destruktorów naszego życia politycznego. Przedstawienie zaczęło się od zdecydowanego ataku pretendenta do tytułu guru wszystkich „prawdziwych Polaków” Zbigniewa Ziobry na pozycję osłabionego kolejną porażką starzejącego się suwerena.

Jakby na potwierdzenie moich słów z ostatniego felietonu Jarosław Kaczyński ujawnił informację o knowaniach Jacka Kurskiego, który jawi mu się, jako spirytus movens rewolucji pałacowej w szeregach Prawa i Sprawiedliwości. Musiało tak być skoro wódz już wcześniej odsunął na bok potencjalnych buntowników wysyłając ich na lukratywne wygnanie do Brukseli.

Kolejny dzień szarpaniny w PiS-ie utwierdza obserwatorów w przekonaniu, że buntownicy wcale nie chcą zakładać nowej partii wiedząc, że drogą rozłamu nie przybliżą się do najwyższych stanowisk w państwie. Po prostu zamierzają tak długo szarpać i nękać macierzystą partię, dopóki nie dostanie torsji i nie wyrzuci z siebie udręczonego założyciela.

Wybór takiej strategii potwierdza oświadczenie delfina, że Prawo i Sprawiedliwość to również jego partia i nie zamierza jej opuszczać. Innym elementem tej cynicznej gry jest deklaracja o dążeniu do połączenia klubów parlamentarnych PiS-u i rozłamowej frakcji ziobrystów, która przyjęła nazwę Polska Solidarna.

Dobrze przemyślana i skalkulowana, perfidna akcja Ziobry i Kurskiego zaczyna przy pomocy kłamstw i insynuacji wkraczać w sferę absurdu. Trudno się jednak temu dziwić skoro obaj panowie dość długo terminowali u mistrza nadzwyczajnie biegłego w destrukcyjnych manewrach na politycznym placu boju. Przypominają o tym wpisy internetowych forumowiczów.

Przy tej okazji opada szczelna dotąd zasłona z obłudy i hipokryzji okrywająca niezwykle skutecznie partię „prawdziwych Polaków i odsłania prawdziwe charakterystyki jej liderów ceniących ponad wszystko władzę i profity z niej płynące. Wiernopoddańcze deklaracje składane latami rzekomo wielkiemu mężowi stanu zastąpiły teraz słowa wielkiej wobec niego ze strony puczystów łaskawości.

Zawierucha na polskiej prawicy to prawdziwy dramat dla elektoratu, który nie tylko wiernie głosuje na swoich idoli, ale także maszeruje z pochodniami na Krakowskie Przedmieście wnosząc okrzyki: Jarosław Polskę zbaw! Układa i śpiewa piosenki z tekstem: Wystarczą cztery Ziobra i Polska będzie dobra.

 Natomiast dobrą stroną tej bezprzykładnej w historii polskiej demokracji awantury, może być ogólnonarodowa refleksja nad ewentualnymi skutkami powierzenia tym ludziom władzy w \państwie. Kiedy ja myślę o takiej ewentualności najzwyczajniej w świecie ogarnia mnie strach.

Quia ventum seminabunt et turbinem metent. 

czwartek, 3 listopada 2011

Atak delfina



Podczas kampanii wyborczej, co bystrzejsi obserwatorzy odnieśli wrażenie, że z charyzmatycznego suwerena polskiej prawicy jakby wyszło powietrze. Tezę o początku schyłkowej fazy w karierze politycznej Jarosława Kaczyńskiego potwierdzały uniki wodza PiS-u przed publiczną debatą z głównym przeciwnikiem, urzędującym premierem Donaldem Tuskiem.

Nie ulega wątpliwości, że młode wilki nieomylnie zwietrzyły słabnięcie przywódcy watahy i przewidując kolejną wyborczą porażkę zaczęły szykować się do przejęcia po nim sukcesji. Według przewidywań pretendentów właściwym momentem do zakwestionowania pozycji suwerena, miał być czas pełzającego niezadowolenia złaknionych władzy, partyjnych dygnitarzy po przegranych wyborach.

Nie czekając na oczekiwany, niekorzystny wynik wyborczy partii, typowany na następcę prezesa eurodeputowany Zbigniew Ziobro umacniał swoją pozycję wśród partyjnych kolegów wspierając podczas kampanii tych kandydatów na parlamentarzystów, których wcześniej pozyskał rozdając posady i synekury, jako minister sprawiedliwości.

Wydaje się, że głównym graczem w tej próbie partyjnego puczu jest inny europoseł Jacek Kurski, znany cynizmu politycznego działacz, autor konkluzji o ciemnym ludzie, który kupi wszystko, co mu polityczni gracze zechcą podać na tacy do zaakceptowania.
Potwierdza to fakt, że obaj zesłani przez wodza do Brukseli panowie od dawna na ogół chodzą parami.

Pierwsze starcie miało miejsce na powyborczym posiedzeniu Komitetu Politycznego PiS – u przy wyborze kandydatów do objęcia funkcji parlamentarnych. Rządzący jak dotąd żelazną ręką w stworzonym przez siebie ugrupowaniu Kaczyński nie dopuścił do głosu delfina. Odrzucił także kandydaturę popieranego przez niego Arkadiusza Mularczyka na wicemarszałka Sejmu.

Kości zostały rzucone kilka dni później, kiedy Ziobro rozpoczął swoisty dialog z szefem i dawnym mentorem za pośrednictwem mediów, żądając demokratycznej dyskusji wewnątrz partii i kwestionując jej zdolność w obecnym kształcie do odniesienia kiedykolwiek wyborczego zwycięstwa. Na ripostę prezesa nie trzeba było długo czekać.

Jarosław Kaczyński postąpił podobnie jak z innymi niedoszłymi reformatorami Prawa i Sprawiedliwości, takimi jak „trzeci bliźniak” Ludwik Dorn, Marek Jurek czy grupa założycielska partii Polska Jest Najważniejsza, stawiając ich od razu pod ścianą do odstrzału.

Tym razem jednak wódz okazał się wyjątkowo dobrotliwy proponując niewdzięcznym odszczepieńcom „kompromis” polegający z grubsza na zobowiązaniu się do powstrzymania od publicznych wystąpień i oddaniu się do dyspozycji prezesa, co oznaczałoby praktycznie całkowitą marginalizację buntowników.

Wygląda na to, że mosty łączące obie strony konfliktu zostały spalone i nigdy nie zostaną już odbudowane a wewnętrzny podział na frakcje ziobrystów i złogów dawnego Porozumienia Centrum przypieczętowany. Nieznoszący sprzeciwów prezes uruchomił, więc już system zniszczenia i lada chwila dojdzie do ostatecznej rozgrywki.

Wydaje się, że szanse Zbigniewa Ziobry na choćby pomniejszenie znaczenia Jarosława Kaczyńskiego po prawej stronie sceny politycznej są, co najwyżej iluzoryczne. No chyba, żeby zyskał mocne poparcie ojca dyrektora Tadeusza Rydzyka, co jednak może nie wystarczyć mu do uratowania głowy podczas politycznej zawieruchy, którą sam zbyt wcześnie rozpętał.

Ciekawe jest natomiast, jaki wpływ będzie miał ewentualny rozłam w Prawie i Sprawiedliwości na ukształtowanie się nowej konfiguracji sił prawicowych, skoro Kaczyński i Ziobro są zwolennikami tego samego agresywnego i mesjanistycznego, postsmoleńskiego nurtu grupującego najtwardszy elektorat polskiej prawicy.

Obaj też są nieodmiennie kojarzeni z nieudanym epizodem IV Rzeczpospolitej i pomawiani o polityczną odpowiedzialność za śmierć Barbary Blidy, a związku z tym ciąży nad nimi realna groźba odpowiedzialności przed Trybunałem Stanu.

Jedno jest pewne. Cała reszta politycznego establishmentu z rosnącą ciekawością i cichym zadowoleniem przyjmuje harce zbuntowanych działaczy w formacji zbudowanej i dowodzonej przez Jarosława Kaczyńskiego. Patrząc z rosnącą nadzieją na ewentualne rozbicie lub choćby tyko osłabienie zdezorientowanego, twardego jądra prawicowego elektoratu.