sobota, 10 września 2011

Szaleństwo rynków

Zaskakujący i spektakularny upadek komunistycznego zamordyzmu otworzył podwoje połowy świata na ekspansję rozpasanego konsumpcjonizmu. Polska przed dwudziestu dwoma laty jedną z pierwszych przewróconych kostek domina w łańcuchu fundamentalnych przemian światowego systemu społeczno-gospodarczego.

Miłe złego początki. Po kilkunastu latach zmian własnościowych i mentalnych można zaryzykować stwierdzenie, że nigdy dotąd nie było w naszym kraju tak wielkiej, bogatej i dobrze zorganizowanej przestrzeni do wydawania pieniędzy. Jednocześnie nigdy dotąd tak szybko i nieodwracalnie nie kurczyła się strefa podaży miejsc pracy.

Rozwierające się z roku na rok nożyce między rosnącym wciąż asortymentem i podażą towarów a malejącą nieustannie zasobnością kieszeni klientów ze społecznych nizin z powodzeniem wyrównywała niemająca precedensu akcja kredytowa, wyrastających jak grzyby po deszczu banków, parabanków i innych lichwiarskich podmiotów obrotu kapitałowego.

Tkanka miejska została do tego stopnia przerośnięta plątaniną sieci handlowych, że zaczyna przypominać jeden wielki bazar. Na styku ze świątyniami handlu rozmnażają się liczne instytucje kredytowe napędzając szaloną konsumpcję łatwo dostępnymi pożyczkami. Mile łaskotani przez wszechobecną reklamę konsumenci z wielką ochotą zapożyczają się nie bacząc na obłożenie kredytów lichwiarskimi odsetkami.

Paliwem dla motoru tych niemających precedensu zmian okazała się napędzana chciwością, niczym nieokiełznana siła sprawcza milionów ludzkich egoizmów, pchających Pozbawiony steru i busoli wehikuł cywilizacji, niewiadomo, w jakim kierunku i niewiadomo, po co. Ani na moment nie ustaje wielki wyścig po dobra, których zdecydowana większość nie jest wcale człowiekowi do życia potrzebna.

Co gorsze rośnie nieustannie liczba ludzi społecznie wykluczonych. Kategoria ta obejmuje nie tylko jak dawniej ludzi z marginesu, ale także znaczącą część absolwentów wyższych uczelni, którzy nie mają perspektyw na awans społeczny i dobrobyt. Zatrważająca jest statystyka bezrobotnych, według której połowa poszukujących pracy to młodzi ludzie między 18 a 34 rokiem życia.

Rośnie nieustannie rozpiętość dochodów. Obrazujący to zjawisko wskaźnik Giniego kształtował się na początku transformacji na poziomie 0, 25, charakterystycznym dla społeczeństwa egalitarnego. Dziś wynosi 0, 39 i należy do najwyższych w Europie z tendencją do równania w stronę Brazylii, gdzie miliony wykluczonych mieszkają w skleconych wprędce z byle, czego fawelach wyrastających poza granicami właściwych miast.

Zróżnicowanie dochodów niekiedy działa korzystnie, jako bodziec rozwojowy wymuszający alokację zachowań ludzkich. To prawda, ale tylko do pewnego progu. Nadmiernie rozdęte budzi najpierw zniechęcenie społecznych dołów, potem nasilające się protesty, żeby wreszcie eksplodować rewoltą zwróconą przeciw nadmiernie wzbogaconym.

Profesor Tomasz Szlendak wskazuje na negatywny wpływ rozpiętości dochodów na popkulturę. Ma rację. Na naszych oczach popkultura schodzi na manowce produkując zwykłe barachło w miejsce wartościowych dzieł literatury, filmu, muzyki czy plakatu z pogardzanych przez neofitów liberalizmu czasów PRL-u.

 Ambitne dzieła zostały prawie całkowicie wyrugowane przez kicz w wykonaniu skandalizujących w przestrzeni publicznej idoli tłumów: Michała Wiśniewskiego, Doroty Rabczewskiej- Dody i innych, licznych, celebrytów łącznie z Iloną Łebkowskią, niezwykle płodną scenarzystką piszącą ckliwe story dla ogłupiających ciemny lud telewizyjnych seriali.

Ze schodzącą na psy popkulturą zdecydowanie przegrywa Kościół.  Czcigodni hierarchowie i proboszczowie na parafiach byli zbyt zajęci rewindykacją utraconych niegdyś dóbr, pozyskiwaniem nowych i urządzaniem się w luksusie, więc nie spostrzegli, że tracą rząd dusz, a katolickie świątynie przegrywają ze świątyniami konsumpcji. Zamiast oddać się służbie ewangelizacji wśród Bożego ludu starają się za wszelką cenę zatrudnić do tej roboty struktury i autorytet państwa.

Nad tym beztroskim, słodkim bałaganem zaczynają przetaczać się raz po raz czarne chmury długów. Szalejące za zyskiem rynki, uzbrojone w rządowe papiery dłużne wielkiej wartości psują światową gospodarkę, odbierają ludziom stabilność dnia dzisiejszego i nadzieję na przyszłość, a utopijna, niewidzialna ręka rynku zaczyna zadawać zdradliwe ciosy z siłą końskiego kopyta.

              Niestety nie tylko nie widać żadnego modelu, który pozwoliłby zastąpić prymitywny, miłościwie nam panujący konsumpcjonizm, lecz nie udało się dotąd uczonym w mowie i piśmie wskazać kierunku, gdzie należałoby szukać alternatywnych rozwiązań. Trzeba o tym pamiętać przed aktem wyborczym, podczas którego oddamy nasze losy w ręce żądnych władzy polityków na następne cztery lata.

                 Qui tacet, consentire videtur. 

czwartek, 1 września 2011

Chłopi i panicze



 Mało, kto już pamięta, że fasadowy sojusz robotniczo-chłopski był formalnie mitem założycielskim Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Wywołując falę potężnych i długotrwałych strajków papierowi suwerenowie obalili ustrój, który sami sygnowali i reprezentowali, jako lud pracujący miast i wsi. Wkrótce po tych wiekopomnych i bez precedensu wydarzeniach rzekomi hegemoni zaczęli powoli znikać z areny dziejów.

Klasa robotnicza splajtowała razem z zakładami pracy socjalistycznej udając się na zasłużone wcześniejsze emerytury, zdobyte różnymi sposobami renty inwalidzkie i zasiłki dla bezrobotnych. Porzuceni przez sojuszników z miasta chłopi nie mogli odnaleźć się w nowej rzeczywistości dopóki nie otrzymali stałej jałmużny w postaci unijnych dopłat do produkcji rolnej.

Restytucja własności obszarniczej i niebywały wprost rozwój wielkotowarowej produkcji rolnej, oparty na totalnej chemizacji, rzuciły na społeczny margines kilka milionów nikomu nie potrzebnych drobnych producentów tradycyjnej żywności. – Gromkie „chłop potęgą jest i basta” na zawsze przeszło do historii.

Niewidzialna ręka rynku raz po raz rozdaje dawnym fasadowym hegemonom nieprzyjemne szturchańce a niewidzialna noga bolące kopniaki. Na szczęście dla wykluczonych z kręgów objętych dobrobytem, władcy III Rzeczpospolitej potrzebują, co jakiś czas potwierdzenia legitymacji do sprawowania władzy w państwie.

Publiczny podział tortu poprzedzany jest każdorazowo kilkumiesięcznym, barwnym spektaklem przedwyborczym. Główne partie polityczne stworzyły taki system wyborczy, który praktycznie nie daje żadnych szans małym lub nowym ugrupowaniom na wejście do parlamentu. Decydujący wpływ na to ile, kto władzy a z nią dostępu do dóbr dostanie ma wynik wyborów parlamentarnych.

Ze względu na wciąż liczną populację mieszkańcy wsi nadal stanowią pożądany elektorat. Głos „wiochy” ma swój ciężar gatunkowy i może nie tylko przesądzić o ostatecznym podziale foteli w Sejmie, lecz także o tym, która z mocno rywalizujących, wielkich partii postsolidarnościowych zajmie pierwsze miejsce w wyścigu po władzę.

Zaczyna się przedwyborczy festiwal obietnic. Jedni obiecują, że będą obiecywać a inni jak mówią to mówią. Niezwykle trafnie brzmią strofy napisane przez pochodzącego ze wsi poetę.- Ze wszystkich stron wieść gminna niesie, /że przed wyborami chłopu się podniesie./Gdy do wyborów chłop pójdzie gromadnie, /to po wyborach znów chłopu opadnie.

Wiejski elektorat tradycyjnie dzieli swoje głosy między Prawo i Sprawiedliwość a pozostałe znaczące ugrupowania, z których Polskie Stronnictwo Ludowe jest, jako jedyne autentycznie prochłopskie i prorolnicze. Wydawałoby się, że wieś powinna właśnie ludowcom zdecydowanie powierzyć parlamentarną reprezentację. Tak jednak nie jest.

O wynikach wyborów na wsi i w małych miasteczkach decydują proboszczowie. Oficjalnie instytucjonalny Kościół zawsze zapowiada, że nie będzie wskazywał, na kogo głosować. W praktyce jest dokładnie odwrotnie. W każdej parafii proboszcz dysponuje oddaną mu bez reszty grupą wiernych, gotowych wykonać każde powierzone im zadanie.

Potężny Kościół pragnie powierzyć władzę w Polsce takiej partii, która w pełnym zakresie spełni jego postulaty i żądania. PSL mimo ludowego pochodzenia i jawnej religijności nie wpisuje się w oczekiwania kleru z powodu podejrzenia o sprzyjanie poglądom lewicowym. Jedyną partią, którą akceptuje u władzy zdecydowana większość hierarchów jest Prawo I Sprawiedliwość.

Księża parafialni żerując na głębokiej religijności chłopów bezczelnie zaprzęgają ich do pisowskiego wozu wyborczego, wykorzystując też, jako kartę przetargową w politycznym mariażu z partią Jarosława Kaczyńskiego. To właśnie aktywiści parafialni zbierali podpisy pod jego prezydencką kandydaturą rozdając dla potwierdzenia swoistego kontraktu wyborczego zdjęcia tragicznie zmarłej prezydenckiej pary.

                    Atak na parlamentarzystów PSL-u, którzy zdaniem małorolnego paniczyka Adama Hofmana zbaranieli po przeprowadzce do miasta, miała służyć zdyskredytowaniu ludowców w oczach światłych chłopów, którzy na nich głosują w swoim dobrze pojętym interesie. Kontrowersyjna wypowiedź rzecznika prasowego PiS-u lżąca peeselowskich liderów mogłaby powiększyć szeregi ciemniaków, posłusznie wykonujących polityczną wolę swoich, wiejskich kapłanów.


Trudno się dziwić, że rosną zastępy amatorów pieczeni wysmażonej na wyborczym grilu. W końcu demokracja to taki ustrój, w którym sprytne i mądre mniejszości zręcznie manipulują składającą się głownie z naiwnych ciemniaków większością, dla zdobycia i utrzymania uprzywilejowanej pozycji społecznej. Qualis rex, talis grex.