niedziela, 21 sierpnia 2011

Źródła bogactwa



Dobry zwyczaj, nie pożyczaj – poucza stare, mądre porzekadło. Inne nie mniej trafne głosi, że miłe złego początki. Przestrzeganie tych zdawałoby się banalnych prawd mogło uwolnić świat od dzisiejszych zawirowań i utrapień. Tak się jednak nie stało, bo silniejsza od przezorności była żądza posiadania dóbr, ponad realne możliwości.

Państwa narodowe od dłuższego czasu ochoczo pozbywają się części swej suwerenności emitując i sprzedając osobom prywatnym rządowe obligacje. Zdobyte w ten sposób pieniądze przeznaczają na finansowanie deficytu budżetowego. Z roku na rok emisja papierów dłużnych rośnie i stała się już znaczącą częścią wpływów budżetowych, ku ogólnemu zadowoleniu wierzycieli, rządów, rosnącej biurokracji, a także zwykłych obywateli.

Życie na kredyt stało się trendy. W ślad za rządami ruszyli do coraz liczniejszych banków po kredyty obywatele, beztrosko podnosząc sobie poziom życia za pieniądze pożyczone na poczet przyszłych, często wątpliwych dochodów. Pomagały im w tym banki rozdając na prawo i lewo pieniądze bez dogłębnego zbadania zdolności swoich klientów do spłaty zaciągniętych zobowiązań.

Nadmierne zadłużenie ludności jest wielce niekorzystnym zjawiskiem ekonomicznym. O wiele groźniejsze dla trwałości i stabilności światowego systemu finansowego okazały się jednak długi publiczne. Trzy dekady gromadzenia w rękach oligarchii finansowej papierów dłużnych, bez opamiętania emitowanych przez państwa będące w potrzebie, doprowadziło do powstania potężnego, wtórnego rynku długu publicznego.

Powstanie kapitału ponadnarodowego otworzyło drogę do globalizacji gospodarki, czyli przejścia przemysłu, handlu i usług na pułap światowy. Państwa narodowe utraciły w ten sposób kolejną, znaczną część suwerenności na rzecz rekinów międzynarodowej finansjery. Oligarchia finansowa stała się tym sposobem znaczącym, jeśli już nie największym graczem na politycznej arenie.

Najgorsze jest to, że wsparta egoizmem siła sprawcza tak zwanych rynków finansowych ma z reguły negatywny charakter. Realizuje się, bowiem w destrukcji porządku światowego. Napędzana chciwością, która wyklucza postawę prospołeczną, nie posiada zdolności do działań naprawczych.

W epoce bicia pokłonów bożkowi pieniądza praca przestała być głównym źródłem bogactwa. Nawet tak genialny ekonomista jak Keynes nie przewidział, że zostanie ona zepchnięta w hierarchii wartości na pogardzany margines, żeby zrobić miejsce dla wszechobecnych i wszechwładnych: lichwy i spekulacji

Po co w trudzie i znoju budować przez kilka tygodni dom, żeby zarobić marne kilkanaście tysięcy dolarów. Czy nie lepiej zainwestować pieniądze obstawiając czarne scenariusze i zgarniać potężne zyski, po wywołaniu przy pomocy spekulacji paniki na rynku walutowym? 

Każdy sposób jest dobry dla pasożytujących na ludzkiej pracy finansistów, dążących nieustannie do maksymalizacji zysków. Każdy sygnał może się okazać przydatny, żeby doprowadzić do destabilizacji rynków i ograbienia drobnych ciułaczy z oszczędności życia. Za przeproszeniem, echo głośniejszego pierdnięcia tubylca nad Amazonką może się odbić spadkiem cen akcji na Wall Street.

 Pogarda dla życia w pocie czoła i ucieczka w stronę wirtualnych transakcji sprawiła, że sektor finansowy definitywnie oderwał się od realnej gospodarki. Zawłaszczanie owoców cudzej pracy było w ubiegłym wieku przyczyną ostrej walki klasowej. Dziś wyzysk człowieka przez człowieka realizowany jest przy pomocy znacznie doskonalszych finansowych narzędzi.

Ta nieustająca pogoń za zyskiem i odlot w stronę w krainy wirtualnych wartości owocuje bylejakością życia pod cieniutką warstwą blichtru. Jakość towarów jest dziś odwrotnie proporcjonalna do błyskotliwości efektownych opakowań. Bylejakość jest symbolem substancji ekonomicznej, na bazie, której wyrasta med  in Czajna, nowe światowe supermocarstwo.

Żyjący w finansowym chaosie świat ma poważne problemy demograficzne. Narody posiadające znaczne nadwyżki żywności powoli wymierają, zaś te, które głodują rozmnażają się w tempie zbliżonym do populacji australijskich królików. Skutkiem tych dysproporcji są niebezpieczne dla stabilizacji społecznej, migracje ludności poszukującej lepszego życia.

Problemy finansowe są samo odnawiającym się paliwem, którego dostatek a nawet nadmiar utrzymuje w międzynarodowym tyglu stan ciągłego wrzenia. Raz po raz spod niezbyt dobrze dopasowanej prawno-represyjnej pokrywki zaczyna się wydobywać, nasycona agresją substancja ludzka, grożąca niekontrolowanym wybuchem.

Na naszych oczach wyzyskiwani przez swoich skorumpowanych władców Arabowie pokonali paraliżujący strach i wynieśli swoje niezadowolenie na ulice, nie zważając na akcje pacyfikacyjne uzbrojonego po zęby wojska. A w spokojnym dotąd Londynie młodzi ludzie ni stąd, ni zowąd rzucili się podpalać domy, rozkradać i niszczyć, co popadnie.

Wygląda na to, że światowa rebelia wydaje w ten sposób ostrzegawcze pomruki, niegroźne jeszcze może w skali globalnej, ale tylko do czasu aż gniew ludu osiągnie wielkość krytyczną. Może to nastąpić wtedy, kiedy część populacji żyjącej próżniaczo z efektów cudzej pracy stanie się liczniejsza, od żyjących na ogół marnie, utrudzonych wytwórców dóbr.

Cała nadzieja w tym, że panujący dziś nad zatopioną w konsumpcji świadomością społeczną apostołowie rynków zrozumieją, iż rynek działający sprawnie bez żadnych barier i regulacji, jest taką samą iluzją jak ongiś utopijny socjalizm.

 Niestety nie da się zapanować nad światowym chaosem bez fundamentalnych zmian w światowym systemie wartości idącym w kierunku przywrócenia wysokiej rangi tradycyjnie pozytywnym cechom ludzkiego charakteru. Takim jak: uczciwość, rzetelność, oszczędność i skromność. Ne quid nimis.  

czwartek, 11 sierpnia 2011

Casus Leppera



Nadzieje wsi na prosperity po upadku komuny szybko się rozwiały, niczym poranna mgła. Neoliberalna polityka solidarnościowego rządu utożsamiana nie bez racji z osobą profesora Leszka Balcerowicza wiodła nieuchronnie do zrównania chłopów z ziemią.   -Wróć komuno, bo chłop kuno - niosło się żałosne wołanie po wiejskich opłotkach.

Właśnie wtedy, kiedy zdaniem barda Jacka Kaczmarskiego „Solidarność” dała ciała zaczęła się rodzić legenda Andrzeja Leppera, samorodnego, chłopskiego trybuna, który ekonomię praktykował w rozwalonych przez nową władzę pegeerach, a uprawianie wielkiej polityki rozpoczął na drogach, do blokowania, których poprowadził zdesperowanych rolników.
Wejście tego zadziornego chłopa w orbitę władzy zbiegło się z utratą zaufania wyborców wiejskich do Polskiego Stronnictwa Ludowego, które źle wykorzystało czas sprawowania władzy, kontynuując w sojuszu z SLD, kierunek przemian ustrojowych w duchu odrodzenia dzikiego kapitalizmu, preferowanego przez ich solidarnościowych poprzedników.

W 2001 roku stworzona przez Leppera Samoobrona triumfalnie weszła do Sejmu, jako trzecia siła polityczna, a on dostąpił godności wicemarszałka. Warszawski salon polityczny został zdegustowany wejściem na główną polityczną arenę, gromady nowych posłów ze społecznych dołów. Tak jakby władza w demokratycznym państwie była zastrzeżona wyłącznie dla urodzonych na Żoliborzu posiadaczy uniwersyteckich dyplomów.

Ukształtowany już, nowy establishment boczył się, więc na przedstawicieli ludu, który niepomny, że demokracja ludowa odeszła w przeszłość zajął na Wiejskiej kilkadziesiąt foteli i obcesowo domagał się swoich praw. Pierwszoplanową postacią był oczywiście szef nowego kluby, który z sejmowej mównicy mocnym i zdecydowanym głosem zapewnił poselską izbę, że Wersalu  na tej sali, nie powinni się już spodziewać.

W istocie tak się stało, a krewki przywódca zbuntowanych chłopów kończył każde swoje publiczne wystąpienie sakramentalnym wprost zawołaniem: Balcerowicz musi odejść. Oznaczało to ni mniej, ni więcej tylko wezwanie do natychmiastowego odejścia od polityki monetaryzmu i zwiększenia deficytu budżetowego, czyli większego jeszcze zadłużania państwa.
Przewodniczący Samoobrony obrastał w piórka. Nie nosił już jak podczas blokad charakterystycznej kufajki. Zatrudniał nawet specjalistów od wizerunku i nosił markowe garnitury. Władza zaczynała powoli drążyć jego świadomość tak, jak spadająca woda kropla po kropli drąży skałę. Uroki władzy i dostęp do kasy sprawiły, że powoli zatracał cechy ludowego trybuna a przeistaczał  się w dygnitarza.

Przełomowym momentem w życiu Leppera było niespodziewane zwycięstwo wyborcze partii braci Kaczyńskich. Pałac prezydencki przypadł Lechowi, ale Jarosławowi do utworzenia rządu potrzebni byli koalicjanci. W walce o władzę każdy sojusznik jest dobry, dlatego Kaczyńscy bez wahania zaproponowali pogardzanej dotąd Samoobronie wejście najpierw do parlamentarnej, a potem rządowej koalicji.

Miłe były złego początki, bo jak się poniewczasie Lepper dowiedział, wredny sojusznik zaraz po mianowaniu go ministrem rolnictwa i wicepremierem posłał za nim i jego ludźmi agentów świeżo utworzonej, propisowskiego Centralnego Biura  Antykorupcyjnego. Jak się to zakończyło wszyscy wiemy.

Szef Samoobrony, choć nie w ciemię bity zabłąkał się niestety w politycznej dżungli i został wciągnięty przez lepszych od niego i bardziej bezwzględnych, politycznych graczy na pole minowe. gdzie, intryga rodzi następną intrygę, a afera goni aferę.

Zaplątany przy znacznym udziale, nadzorowanych przez jego nieszczerych sojuszników służb specjalnych w aferę gruntową i seksaferę, politycznie wykorzystany, został rzucony na pastwę mediów, prokuratorów i sądów. Mówią, że gdzie diabeł nie może tam babę pośle.

Bazując na tym starym, lecz ciągle trafnym porzekadle, zafałszowani sojusznicy wykorzystali swawolę i prestiżowe przepychanki w jego konsumującym owoce zwycięstwa ugrupowaniu i wsparli zakulisowo pewną bezpruderyjną damę z Radomska, która szukała zemsty na swoich zwierzchnikach i być może kochankach.

Jak straszna może być zemsta odrzuconej kobiety przekonał się pewien premier, przeciw, któremu inna potężna siła polityczna wykorzystała przeciw niemu gniew urodziwej urzędniczki o to, iż nie zachwycił się jej aparycją i nie dał jej klucza do furtki, otwierającej drogę do wielkiej kariery.

Piękne kobiety nadzwyczaj często odgrywały wielkie role, działając za kulisami świata polityki. Podobnie było tym razem. Jedna z nich zamknęła znaczącemu kandydatowi drogę do prezydentury a druga stała się sprawnym narzędziem do zepchnięcia swego pomówionego o ojcostwo dziecka, szefa w polityczny niebyt.

Zleceniodawcy tej perfidnej intrygi uknuli ją w nadziei na pozyskanie przynajmniej części posłów z lepperowego ugrupowania, a wraz nimi kilkuset tysięcy wyborców, co miało im zapewnić  samodzielne sprawowanie władzy na szczeblu krajowym.

Człowieka nieobytego z politycznym draństwem może szokować dziś postawa jawnych wrogów byłego wicepremiera. Szczególnie wtedy, jeśli pamięta konferencją prasową byłego, bojowo nastawionego ministra sprawiedliwości, który wymachując dyktafonem w postaci długopisu głosił z wielką pewnością: - Proszę państwa to jest gwóźdź do politycznej trumny Andrzeja Leppera!

Dziś były minister wspierany przez całą swoją formację , leje krokodyle łzy nad prawdziwą trumną ludowego trybuna. On i jego kompani psim swędem czują, że tragiczna śmierć zaplątanego w afery i sądowe procesy kontrowersyjnego polityka, odpowiednio wykorzystana, może im przed wyborami przynieść wymierne korzyści.
Homo homini lupus.

czwartek, 4 sierpnia 2011

Zwierciadło smoleńskie


Podobno społeczeństwa nie można wystarczająco dobrze poznać bez krytycznego spojrzenia na jego lustrzany obraz. Wizerunek w szklanej głębi odbity, ma to do siebie, że wydobywa na pierwszy plan i wyraziście eksponuje cały zestaw niechlubnych przypadłości, ukrytych zazwyczaj skaz i mankamentów, które na ogół uchodzą uwadze, patrzącemu codziennie gołym okiem na żywy oryginał.

Nie każde jednak lustro ma zdolność do obnażania prawdy ze złudzeń, pobożnych życzeń, nieuprawnionych mitów i zafałszowanych wyobrażeń. Taką moc zaczerpniętą z tragedii posiadło zwierciadło smoleńskie. Tam jak na dłoni widać, jaka jest ta Polska naprawdę, bez upiększającej celebry, ogłupiającej reklamy i agresywnego marketingu.

Rzecz jednak w tym, że niewielu chce oglądać przez pryzmat smoleńskiej tragedii, ten bliski prawdy obraz polskiego bałaganu, poluzowanych mocno reguł moralnych, braku autentycznych autorytetów, zaniku rzetelności, nawyków porządnej roboty i upadku dobrych obyczajów. Przypomina nam o tym beznamiętnie, rzetelnie i wnikliwie napisany raport komisji Millera.

Kogo obchodzi, że państwo polskie, rzucone przez nowe elity na pastwę deregulacji, nabrało po latach cech przybytku błogiego rozgardiaszu i permanentnego bałaganu. Stan beztroskiego odprężenia nie ominął niestety także wojska. Przyczyniły się do tego wszystkie, kolejne rządy sprawujące władzę po 1989 roku. Największy zaś udział w demontażu dyscypliny i gotowości operacyjnej armii miały radykalne odłamy polskiej prawicy.

Gospodarkę i finanse prawie bez reszty oddano zachodnim bankom i koncernom. Pośpiesznie przeprowadzona prywatyzacja zwolniła klasę polityczną od nieustającej troski o ekonomiczną potęgę państwa. Stworzyła politykom wolną przestrzeń do medialnych harców i walk podjazdowych o dostęp do państwowego Eldorado z atrybutami władzy i materialnego dostatku.

Niestety jak dotąd nie udało się sprywatyzować i zrzucić z siebie odpowiedzialności za działania służb działających w zakresie ochrony zdrowia, bezpieczeństwa obywateli i obrony kraju przed zewnętrznym zagrożeniem. Pozbycie się tych obowiązków ustawiłoby kilkumilionową armię funkcjonariuszy, urzędników i innych beneficjentów panującego systemu w roli korzystających wyłącznie z powabów życia celebrytów.

Tragiczny upadek prezydenckiego Tupolewa na przedpolu zaniedbanego, smoleńskiego lotniska przerwał beztroski kontredans zwalczających się frakcji wyłonionych z postsolidarnościowych elit. Raport Millera potwierdził to, co dla bacznych obserwatorów życia od dawna już nie stanowiło tajemnicy. Pod cienką warstwą blichtru organizm państwa toczy gangrena.

Znamienna jest degrengolada elitarnego 36 specjalnego pułku, przewożącego najważniejszych ludzi w państwie. Ucieczka doświadczonych pilotów, łamanie procedur, fałszowanie sprawozdań ze szkoleń i ćwiczeń, które się nie odbyły. Raport uchylił rąbka tajemnicy o dezintegracji w armii. Jaka musiała być skala tego zjawiska w innych mniej prestiżowych jednostkach?

Dopełniają tej smutnej sytuacji harce nawiedzonych polityków psujących raz po raz ze względów ideowych dobrze dotychczas pracujące wojskowe struktury. Ku uciesze obcych wywiadów zostały zniszczone Wojskowe Służby Informacyjne. Pozbyto się ze służb wywiadowczych starych, doświadczonych wygów, zatrudniając w ich miejsce kompletnych dyletantów.

Na nieszczęście wywodząca się z tego samego pnia opozycja ostentacyjnie odmawia rzeczowego spojrzenia w lustro Millera, zadowalając się spoglądaniem w czarodziejską szklaną kulę, która wspierana przez wróżbitów różnej proweniencji emituje obraz rzekomej rzeczywistości, zgodny z życzeniami poszukującej użytecznych dla siebie mitów politycznej formacji.

W owej, szklanej kuli widać jak w rozpylonej przez Ruskich mgle, 15 metrów nad ziemią rozrywają prezydencki samolot dwa silne wybuchy. Do płonących szczątków biegną zamaskowani ludzie, żeby strzałami z bliskiej odległości dobić rannych pasażerów. Wstrząsający ten obraz ginie na chwilę, żeby zrobić miejsce dla obejmujących się sprawców tej potwornej zbrodni, Putina i Tuska.

Doświadczenie życiowe pokazuje jak wiele jest politycznych graczy, którzy potrafią siebie sami przekonać o prawdziwości bredni, które wymyślili dla zyskania uznania w oczach innych ludzi. Te wyssane z niezbyt czystego palca dyrdymały potrafią głosić, jako niepodważalną prawdę objawioną.

Zbudowany na własny użytek system polityczny pozwala im za pieniądze podatnika, przy pomocy agresywnego marketingu prowadzić w mediach ogłupiająca akcję propagandową, mającą zapewnić wielkość człowiekowi przeciętnych talentów i takiż zasług, a pretorian z formacji dowodzonej przez jego brata obsadzić we wszystkich możliwych do opanowania siedziskach władzy.

Niewesoły obraz Polski widać w smoleńskim zwierciadle, obraz zadłużonego po uszy kraju bylejakości, ciemnoty i wiecznego, rosnącego nieustannie bałaganu, zapyziałego zaścianka bez większych szans na cywilizacyjny awans, do grona nowoczesnych krajów Zachodniego Świata.

Niestety, według Wergiliusza: Canimus surdis.