czwartek, 28 lipca 2011

Bieguny przemocy i zbrodni


Koniec II wojny światowej rzucił nasz kraj w objęcia systemu, którego korzenie tkwiły w ideologii lewicowej przemocy, niecofającej się nawet przed zbrodnią. Z upływem czasu lewicowy terror systematycznie słabł, lecz mimo cyklicznych buntów trzeba było dziesiątek lat, żeby ostatecznie opadł z ludzi, podtrzymujący komunistyczny ustrój strach. Wtedy pozbawiony spoiwa system rozsypał się niemal w jednej chwili jak dziecinny domek z kart.
Pod wpływem fundamentalnych zmian ustrojowych wahadło społecznych nastrojów opuściło lewą stronę i powędrowało pod skrajnie prawicowy znak. Chwała tym, dzięki którym przemiany społeczne i ustrojowe miały pokojowy przebieg i łagodny charakter. Niestety na solidarnościowej przemianie zaczęła wyrastać prawicowa ekstrema.

Zamiast osądzić funkcjonariuszy reżymu winnych totalitarnej przemocy, potraktowano lewicowość, jako przestępczą ideę i gnębiono wszystkich, którzy ośmielili się mieć lewicowe poglądy. Z postsolidarnościowych elit wyłoniła się radykalna frakcja, która bezlitośnie zaatakowała nie tylko postkomunistów, ale też dawnych kolegów, którzy przejęli w Polsce władzę.

Symptomatycznym przykładem prawicowego odchylenia było złożenie hołdu w Londynie przez wywodzących się z Solidarności, prominentnych polityków, chilijskiemu, prawicowemu dyktatorowi Augusto Pinochetowi, który rozprawił się krwawo z legalnym rządem i jego zwolennikami. Innym przykładem była nominacja na ministerialne stanowisko dla zadymiarza, który w Paryżu rozbijał jaja na wizytujących Francję osobach polskiego prezydenta i jego małżonki.

Sygnały przyzwalające na wybryki prawicowych ekstremistów płynęły z najwyższej, politycznej półki. Wysokie odznaczenia i pomniki dla kontrowersyjnych, prawicowych bojowników, prowadzących po wojnie zbrojną walkę z uznanym przez najważniejsze kraje świata państwem polskim, przyjmowane były ze zdumieniem przez żyjących jeszcze ludzi, od nich pokrzywdzonych.

W ferworze i zgiełku bezlitosnej walki politycznej jej głowni uczestnicy cynicznie wykorzystują każdą, nadarzająca się okazję, żeby mocno przyłożyć przeciwnikowi, nie zważając na negatywne skutki społeczne własnych poczynań. W ramach bijatyki postsolidarnościowych elit oglądaliśmy ostatnio żenujące spektakle z udziałem polityków, którzy nad merytoryczny spór przedkładają zwykłą, słowną rozróbę.

Szczególnie obłudnie zabrzmiały w ustach niektórych, czołowych polityków argumenty, podniesione w obronie stadionowych bandytów, którzy rzekomo są dyskryminowani przez władze za publiczne prezentowanie swego przywiązania do patriotyzmu i tradycji narodowych.

Czym innym, jeśli nie wezwaniem do szerzenia nietolerancji i nienawiści są cykliczne marsze nieprzejednanych fanatyków na Krakowskie Przedmieście, ze złowrogo płonącymi pochodniami? Czy okrzyki o narodowej zdradzie i zaprzaństwie dawnych kolegów z antykomunistycznej opozycji to naprawdę godny sposób uczczenia pamięci tragicznie zmarłego prezydenta?

Opamiętanie na elity krążące w orbicie władzy, nie przyszło nawet po morderstwie dokonanym przez fanatyka na pracowniku łódzkiego biura prawicowego europosła, mimo oddania mu pośmiertnego hołdu przez najwyższych dostojników w państwie i nawoływań trzeźwo myślących ludzi do politycznego pojednania.

Zamiast tego oglądaliśmy w Brukseli prawdziwą bitwę na głosy a w założeniu o głosy w jesiennych wyborach. Na forum Parlamentu Europejskiego, podczas posiedzenia inaugurującego polską prezydencję w Unii były prokurator generalny bronił jak lew prawa do wolności słowa pewnego nawiedzonego internauty, który z politycznej antypatii zaprogramował i upublicznił grę, polegającą na szybkim zastrzeleniu polskiego prezydenta.

Masakra w Norwegi to kolejny, ostry sygnał do wzmożenia czujności wobec potencjalnych dewiantów szukających moralnego potwierdzenia do traktowania swoich morderczych instynktów, jako narzędzi do rzekomej naprawy świata w imię jakiejś chorej idei. Polityków, którzy ich utwierdzają w słuszności, powinny demokratyczne społeczeństwa nie tylko jak najszybciej odsuwać od władzy, ale w ogóle eliminować z życia publicznego. 
Quieta non movere.

czwartek, 21 lipca 2011

Dopust Boży


Za wygnanym z Edenu Adamem rzucił Pan Bóg złowieszcze słowa. – W pocie oblicza swego będziesz pożywał chleba. Trudno było o gorszą przepowiednię u zarania rozwoju ludzkości, pozbawionej nagle i niespodziewanie rajskiego dostatku.
Wkrótce jednak nasi praprzodkowie, przynajmniej ci sprytniejsi ochłonąwszy z traumy wywołanej gniewem Najwyższego spostrzegli, że niekoniecznie muszą tyrać na kawałek chleba, skoro przebiegłość i spryt podsuwają im o niebo łatwiejsze sposoby zaspokojenia życiowych potrzeb.
             Właśnie od tych zamierzchłych czasów datuje początek zawłaszczania wytworzonych już w pocie czoła dóbr, podstępem i przemocą. Oba sposoby okazały się na przestrzeni dziejów niezwykle skuteczne. Z tym, że przemoc jawi się nam, jako rzecz złowroga i brutalna a podstęp, jako bardziej perfidny.
            Nowoczesne systemy zawłaszczania dóbr bez użycia bezpośredniej przemocy, zaczęły się rozwijać równo z wynalezieniem przez Fenicjan pieniądza. Wśród nich największe znaczenie osiągnęły: lichwa i spekulacja. Oba te sposoby okazały się znacznie skuteczniejsze od siłowego zaboru mienia, metody ciągle jeszcze powszechnie stosowanej, choć uznawanej przez społeczeństwa cywilizowane za niedopuszczalną.
            W naszych czasach, zdominowanych przez liberałów teoriami o politycznej poprawności i niezbywalności praw człowieka, to właśnie spekulacja stała się najwyższą formą rozboju a lichwa najskuteczniejszą metodą wyłudzenia owoców cudzej pracy.
            Lichwa utożsamiana przed II wojną głownie z wierzycielami pochodzenia żydowskiego zgasła zupełnie w czasach PRL-u, żeby bujnie odrodzić się w wolnej Polsce. Dziś w formie zinstytucjonalizowanej puka do naszych drzwi i niszczy zdesperowanych, naiwnych, na gwałt potrzebujących gotówki dłużników, nagradzając niekiedy niemożliwa do ściągnięcia pożyczką, nieposiadających niczego meneli i cwaniaków z pogranicza świata przestępczego.
            Inaczej jest ze spekulacją, która zyskała instytucjonalne fundamenty ustrojowe i stała się obok ogłupiającej reklamy główną siłą napędową współczesnej gospodarki. Świątyniami spekulacji są liczne jak gwiazdy na niebie banki. Obwarowana tam oligarchia finansowa, zapatrzona w bożka maksymalizacji zysku dyktuje światu swoje zasady i prawa.
            Banki do tego stopnia zdominowały obrót finansowy, że tylko nieliczna wartościowo część transakcji płatniczych odbywa się poza zasięgiem ich wszechobecnych macek. Za swoje nie zawsze chciane usługi, każą sobie drogo płacić mimo tego, że posługują się w tym celu marnie oprocentowanymi, zdeponowanymi pieniędzmi klientów.
            Dysproporcja między niewielkim kosztem pozyskiwania pieniądza od przymuszonych często do korzystania z ich usług ludzi a niebotycznym oprocentowaniem kredytów jest prawdziwym haraczem płaconym przez ludzi pracy spekulantom, którzy niemal bez reszty opanowali rynek finansowy.
            Wraz z rozwojem cywilizacji zmniejsza się procentowo liczba populacji trudniącej się wytwarzaniem dóbr, rosą zaś wciąż niezliczone armie pośredników żyjących dostatnio z marż, narzutów i zysków doliczonych do cen towarów, jako nie całkiem zasłużona wartość dodatkowa. Innym, bolesnym obciążeniem sił wytwórczych jest kosztowne utrzymanie, rozwijającej się nieustannie metodą pączkowania, państwowej i samorządowej administracji.
            Między tymi, którzy wnoszą największy wkład do wytworzenia symbolicznego bochenka chleba a największymi jego konsumentami panuje z roku na rok coraz większa i bardziej bolesna nierównowaga, której w imię człowieczeństwa nie należałoby jednak traktować, jako dopust Boży.
            Zwiększa się wprawdzie wolność, ale jest to wolność również dla wyzysku człowieka przez człowieka. Może, więc z braku innych idei poza oszalałą konsumpcją, nie wyrzucajmy jeszcze na śmietnik historii, uważanych za utopijne, haseł w rodzaju: Wolność. Równość. Braterstwo. In, sudore vultus tui vesceris pane.

niedziela, 17 lipca 2011

Róg obfitości


Kiedy okrutny Bóg z kart Starego Testamentu wypędził naszych rodziców z raju rodzaj ludzki został skazany na stały niedostatek. Trudno, więc się dziwić, że od zarania obfitość dóbr była największym marzeniem ludzkości, znajdującym swoje odbicie w licznych wierzeniach i mitach starożytnego świata. Symbolem marzeń o życiu w dostatku stał się róg kozy Almatei, który po błogosławieństwie młodego Zeusa napełniał się dobrem wszelakim na życzenie jego posiadacza.
Dziś cywilizacja Zachodu napędzana chciwością, wytworzyła nie oglądają się na dobroć greckich bogów taką obfitość towarów, że nie sposób ich pomieścić w setkach tysięcy a może milionach straganów, sklepów, magazynów i składów wszelkiego rodzaju. Ten zbiorowy sukces części ludzkiej populacji, bardzo trafnie nazywany cudem gospodarczym zupełnie odwrócił sytuację, stwarzając problem nadmiaru w miejsce permanentnego przez całe tysiąclecia niedoboru.
Mądre przysłowie głosi, że jeśli ktoś nawarzył piwa powinien je wypić. W myśl tego porzekadła zostały powołane do energicznego działania potężne sztaby fachowców biegłych w wielu dziedzinach, skupione po sztandarami marketingu, żeby znaleźć nabywców na wyprodukowane dla osiągnięcia zysku dobra.
Niezwykle trudno wykonać to zadanie. Nie byłoby może problemu ze zbyciem towarów niezbędnych człowiekowi do życia, ale problem polega na tym, że zdecydowaną większość owych dóbr stanowią te, które z praktycznego punku widzenia należałoby określić, jako zbędne a przynajmniej takie, bez których człowiek może się doskonale obejść.
Można osiągnąć ten cel stosując sztukę marketingu wywodzącą się w prostej linii z tysiącletnich doświadczeń kramarstwa używającego starych, wypróbowanych sposobów, zmierzających do wciśnięcia klientowi towaru, którego niekoniecznie potrzebuje, za jak najwyższą cenę. Zdolni straganiarze zazwyczaj wtedy święcili sukcesy, kiedy zachwalając swój towar odwoływali się do cech i uwarunkowań psychiki potencjalnych nabywców.
Dziś domorosłych znawców ludzkich słabości zastąpili psychologowie dostarczający handlowcom wielu nowych sposobów na uszczuplenie zawartości naszych kieszeni. Służy do tego nie tylko oddziaływanie na nasz wzrok, węch i słuch. Próbuje się nawet zaglądać człowiekowi do mózgu. Udowodniono, że jeśli mamy zakodowane w głowie pewne skojarzenia związane z marką towaru to wybieramy właśnie ten towar bez analizowania jego smakowych i użytkowych walorów.
Najlepszym, bo najskuteczniejszym jak dotąd sposobem upłynnienia nagromadzonych przez handel towarów, okazują się być wyprzedaże, organizowane często w formie przyciągającej tłumy, baśniowej nocy zakupów. Są to prawdziwe łowy na uzależnionych od zakupów jeleni, zwabionych znaczącą, sezonową obniżką cen.
Zakupoholicy święcie przekonani o oszczędnościach, które poczynili wracają do domów z nocnych łowów z torbami najzupełniej zbędnych rzeczy, które niedługo po tym wyrzucą na wyrastające do monstrualnych rozmiarów składowiska śmieci. Tymczasem jednak pławią się w oparach rzekomego sukcesu nie zdając sobie sprawy, że tak naprawdę zostali zapędzeni przez sprytnych handlarzy w kozi róg.
Wyrzucanie na śmietnik często wcale, lub niewiele używanych wytworów pracy ludzkiej jawi się, jako jeden z najcięższych grzechów tego świata, niszczący szacunek dla ludzkiej pracy, marnotrawiący z takim trudem wydarte ziemi bogactwa, dewastujący nasze miejsce na ziemi.
W tym samym czasie, kiedy potężne buldożery ugniatają na wysypiskach cywilizowanego Zachodu tysiące ton wyrzuconej żywności, na spalonej słońcem, spękanej ziemi w Rogu Afryki umierają tysiącami, rachityczne, zagłodzone, nękane chorobami dzieci. Enklawa zachodniego dobrobytu żyje sobie zaś beztrosko, otoczona rozrastającymi się wciąż obszarami przemocy, głodu i ludzkiej poniewierki i niedoli. Niestety w naszym zdominowanym przez globalny konsumpcjonizm świecie brakuje jak dotąd nośnej idei, która mogłaby dać skuteczny impuls do pozytywnych zmian i nie nastąpi to dopóty, dopóki będziemy się usprawiedliwiać wygodną dla zadowolonych z życia bogaczy wymówką: Nec Herkules contra plures

sobota, 9 lipca 2011

Bitwa na głosy


To nie wiary, ale cynizm i bezczelność polityków w walce o władzę nie znają żadnych granic i kordonów, ani fizycznych, ani moralnych. W tej dziedzinie, jak w żadnej innej Polacy brylują na europejskich arenach politycznych. Co jakiś czas dają pokaz brutalnej gry na oczach widzów oglądających rutynowe spektakle rozgrywane w unijnych instytucjach.
Arcyciekawym wydarzeniem była inauguracja polskiej prezydencji na forum Parlamentu Europejskiego w Brukseli. W głównej roli wystąpił tam premier polskiego rządu, który na wyrost chwalił się okrutnie, obiecując zaangażować do pchania ociężałego, unijnego wehikułu zastępy euroentuzjastów z kraju nad Wisłą.
Premier czynił swoją powinność z wielką werwą i polotem pamiętając niewątpliwie też o potrzebach kampanii wyborczej własnego ugrupowania, przed październikowymi wyborami parlamentarnymi w kraju. Stojąc z woli losu na najwyższej europejskiej trybunie, nie mógł sobie pozwolić na zmarnowanie szansy prezentacji potęgi własnej formacji, mającej kierować przez najbliższe pół roku pracami Rady Europy.
Donald Tusk wzbudził swoim śmiałym wystąpieniem zainteresowanie szefów wszystkich, europejskich frakcji parlamentarnych i uzyskał ich akceptację dla priorytetów polskiej prezydencji. Ta trudna sztuka nie udała mu się niestety w stosunku do polskich eurodeputowanych.
Bezwstydnie wysoko opłacani nasi europosłowie zafundowali nam nie po raz pierwszy w Brukseli niezły obciach przedstawiając państwo polskie, jako łamiącą podstawowe prawa człowieka dyktaturę. Celował w tym Zbigniew Ziobro, mówiąc o uzbrojonych funkcjonariuszach odwiedzających wczesnym rankiem, rzekomo niewinnego internautę rozpowszechniającego w sieci grę, polegającą z grubsza na szybkim uśmiercaniu polskiego prezydenta.
Po błyskotliwym wystąpieniu asa polskiej, prawicowej opozycji rozgorzała prawdziwa bitwa na polskie głosy a zdumionym telewidzom się zdawało, że oglądają na żywo swojskie, plenarne obrady przy Wiejskiej w Warszawie. Tym bardziej, że przewodniczył dobrze nam znany Jerzy Buzek, były premier z czasu rządów Akcji Wyborczej Solidarność.
Bezpośrednia transmisja prowadzona przez krajowe media wywołała retoryczne raczej, choć bezpardonowe zwarcia z udziałem wybrańców wszystkich opcji politycznych delegowanych do unijnych władz, którzy nie omieszkali wykorzystać wspaniałej okazji, żeby zademonstrować swoją aktywność i udowodnić, że pieniądze z unijnej skarbonki należą się im jak psu zupa.
Polskie przedstawienie w Brukseli przerwał, ale tylko na chwilę, niejaki Barry Madlenev, przedstawiciel hedonistycznej Holandii, który za nic mając wielkość Polski i zasługi jej wybitnych przedstawicieli stwierdził, że jego bogaty kraj nie będzie tolerował masowego napływu bezrobotnych Polaków i żebrzących na ulicach Romów. Tym samym polityk z kraju, który należy do członków założycieli Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej, poprzedniczki Unii podważył jedno z jej fundamentalnych założeń o swobodnym przepływie ludzi i idei.
Przewodniczący Parlamentu chcąc rozładować narastające napięcie i spowodować krótkie choćby zawieszenie broni między wojownikami regularnej, polsko-polskiej wojny nakazał podać do ogólnej konsumpcji dorodnie prezentujące się polskie truskawki.

Pomysł na wyciszenie słownej agresji był iście przedni i skuteczny na tyle, że bitwa na głosy, o głosy wyborców zamarła na jakiś czas a na wspaniałej sali słychać było mlaskanie i cmokanie z podziwu i smaku nad dobrocią wspaniałych owoców, będących efektem pracy imigrantów zza wschodniej, unijnej granicy.

Miły i budujący był widok zadbanych mężczyzn w markowych garniturach, od których emanował dobry nastrój. Wtedy właśnie moja świadomość podsunęła mi kiczowaty, elektroniczny obrazek z telewizyjnego spotu reklamowego, na którym zadowolony z siebie, celebryta przekonuje oglądających go widzów, że stan ducha człowieka zależy od stanu jego konta.                                                                                                                                                    

Patrząc na tych zadowolonych i uśmiechniętych polityków pomyślałem, że na ich kontach muszą być zdeponowane wcale pokaźne kwoty a twórca tego sloganu reklamowego naprawdę trafił w sedno, bo stan konta jest dziś fundamentem światowego nieładu społecznego. Nec plus ultra.