Dializy
Strona
Via Eleonora Duse,
53/First floor,
internal 3 00197
Rzym
Włochy
Tel: +39 06 9171 2020
Email: italia@diaverum.com
Pec: Diaverum@pec.it
Felietony i komentarze na temat aktualnych wydarzeń w kraju i na świecie
Strona
Via Eleonora Duse,
53/First floor,
internal 3 00197
Rzym
Włochy
Tel: +39 06 9171 2020
Email: italia@diaverum.com
Pec: Diaverum@pec.it
Nieznane są
wyroki boskie. Bez woli boskiej nawet włos z głowy człowiekowi nie spadnie.
Niech się dzieje wola nieba. Te i dziesiątki innych mądrości ludowych, religijnych
dogmatów i zwykłych, potocznych porzekadeł starają się uwolnić myślącego
człowieka od roztrząsania egzystencjalnych wątpliwości i zbyt trudnych do
rozwikłania życiowych dylematów.
- Będzie jak
Bóg da, a może co los przyniesie. Ta stoicka mądrość uwalnia człowieka od snucia zbyt
dalekosiężnych planów. Przecież i tak od
nas samych nic nie zależy. Możemy tylko dbać o swoje zwykłe potrzeby i poddać
się losowi, który łagodnie nas poprowadzi przez życie do ostatecznego celu,
którym niestety jest unicestwienie. A jeśli przeważy w nas bunt przeciw temu
fatum i zaczniemy stawiać opór biegowi wydarzeń, ten sam los będzie nas wlókł
niemiłosiernie do nieuniknionego tragicznego końca. Ten los tak naprawdę wcale
nie istnieje. Jest tylko nazwą, za którą kryje się ciąg niezależnych od
jakiejkolwiek siły wyższej ciąg przypadków. Które jedne z drugich biorą swój
początek i są na ogół determinowane przez siły przyrody. Te siły, prawa według których
działają ludzie od zarania próbują zrozumieć
i opisać.
Skoro nie
mamy żadnego wpływu na ów los, to może powinniśmy jednak próbować obejść jego
wyroki i szukając innej możliwości uzyskanie przychylnych dla nas zdarzeń teraz
i w przyszłości. I tu otwiera się furtka, a za nią ściele się żyzne pole do
uprawiania religijnych fantazmatów. Od początku kształtowania się świadomości
ludzie przejęci trwogą przed nieczułą, a często groźną i wrogą potęgą przyrody
uznali, że musi istnieć ktoś, jakaś siła wyższa posiadająca moc sterowania tym
niepojętym dla człowieka światem. A więc bóstwo. Istnienie Boga rozwiązuje
wszystkie problemy i odpowiada na wszystkie trudne, egzystencjalne pytania. No
oprócz jednego. Skąd wziął się Bóg? Na to pytanie nauka odpowiada, że to
właśnie ludzie powołali Boga do życie. To proste, tyle tylko, że nauka nie
potrafi dać odpowiedzi na inne, podstawowe, egzystencjalne pytanie, Skąd się
wzięło i powstało życie?
Patrząc z boku nietrudno spostrzec, że życie
człowieka toczy się w jakiejś niby
mydlanej bańce nadmuchanej przez czas. Czas życia człowieka wyznaczają je ściany. Jedna oddziela od zdarzeń, które
kiedyś już zaistniały, a druga jawi się jako horyzont, za którym jest miejsce
na zdarzenia przyszłe. Życie człowieka zaczyna się i kończy w tej czasowej
bańce, Przez jej słabo przejrzyste ściany widoczna jest przeszłość, którą można
odkrywać i zgłębiać na podstawie zachowanych śladów, zapisów i artefaktów. Ściana oddzielająca nas od przyszłości
jest nieprzenikniona, trudna do odgadnięcia, do jakiegokolwiek prognozowania. W
tej bańce czasowej pojedynczego człowieka, ograniczonej do kilkudziesięciu
obrotów planety wokół naszej gwiazdy współżyje on z innymi ludźmi. Część z nich
przyszła z tamtej, zamglonej przeszłości, żyje z nami i na naszych oczach umiera.
Inni, który narodzili się w naszej bańce przekroczą nieosiągalną dla naszego
istnienia granicę przyszłości i dokonają swego żywota w następnej jednostce
czasu. Towarzyszami naszego życia są także ci ludzie, którzy urodzili się i
zmarli w naszej bańce czasowej.
Wszystko co
ma swój początek musi mieć też swój koniec. Dla istoty posiadającej instynkt
życia ten koniec to nic innego jak unicestwienie. W naturze jednak nic nie
ginie. Materia, której natura użyła do budowy organizmu żywego przechodzi w
inny stan, do innej konfiguracji. Co w takim razie staje się z owym instynktem
życia, który jest niematerialny? Co staje się ze świadomością? To jest pytanie
z rzędu tych, gdzie jest wiatr kiedy nie wieje? Takie właśnie pytania od
zarania ludzkości rodziły się najpierw na owym polu, gdzie glebą jest iluzja
religii. Na tym polu wyrośli i nadal
wyrastają bogowie , skonstruowani przez ludzi na miarę ludzkich potrzeb i
możliwości.
Diabły wojny
znów dały czadu pod bliskowschodnim kotłem. Wychowani w duchu wojującego islamu
bojownicy Hamasu zgotowali krwawą łaźnię Izraelczykom. Czujność Izraela została
uśpiona wewnętrzną walką obywateli z dyktatorskimi zapędami religijnych
radykałów niszczących praworządność i demokrację tego kraju. Ziejący
nienawiścią islamscy terroryści wspierani zakulisowo przez muzułmański świat z
wściekłością zabijali niewinnych ludzi, brali zakładników i podrzynali gardła
dzieciom. Mścili się w okrutny sposób i domniemane krzywdy wyrządzone im przez
Żydów. Liczyli na bezkarność kryjąc się wśród cywilnej ludności Gazy, poparcie
muzułmańskich współwyznawców i reakcję chrześcijańskiego świata oburzonego
maltretowaniem cywilnej ludności w trakcie akcji odwetowej izraelskich sił
zbrojnych. Rządy państw demokratycznych obawiają się ostrej reakcji państw
islamskich podburzanych przez Rosję i Chiny przeciw Zachodowi. Państwo Izrael
jest otoczone arabskim żywiołem wyposażonym przez Allacha w nieprzebrane zasoby
gazu i ropy naftowej. Tymczasem Jahwe Bóg Izraela nie tylko poskąpił wybranemu
narodowi bogactw, ale jeszcze pokarał holokaustem. Wygląda na to, że Allach
silniejszy jest od Judeochrześcijańskiego Boga, więc demokracja stoi w tej
konfrontacji na straconej pozycji.
Wiedza o ukrywaniu przez biskupa K. Wojtyłę przestępstw seksualnych podległych mu księży dopełni polaryzacji polskiego społeczeństwa. Taka jego postawa była produktem stosowanej od wieków kościelnej obłudy tłumaczonej jako działanie w obronie rzekomo świętego kościoła. Przecież kapłani uważają się za następców Chrystusa, nie mogą więc popełniać żadnych niegodziwości. Niestety natura ludzka jest ułomna i dotyczy to także księży, Byłoby więc niewskazane, żeby lud Boży wiedział o przestępstwach i zboczeniach rzekomych wybrańców Najwyższego. Powstał więc cały system tuszowania księżych wybryków, Zabrakło chrystusowego miłosierdzia dla skrzywdzonych dzieci. Jan Paweł II, skądinąd wielki Polak był niestety jednym z trybów kościelnej machiny, więc postępował zgodnie z jej interesem. Pozostaje jednak pytanie jak sobie radził z własnym sumieniem. Tego zapewne nigdy się nie dowiemy. Chcąc, nie chcąc Karol Wojtyła oprócz niezliczonych nazw i pomników pozostawił nam głęboki podział w społeczeństwie wspomagając swoim autorytetem wielką armię ciemniaków, mitomanów i Jarozbawów. Jest też inna. wspaniała spuścizna po nim, ale jednak ta paraliżująca zdrowe myślenie wychodzi teraz na pierwszy plan.
Upalna niedziela obezwładniała nas żywicznym aromatem. Nagrzany słońcem piasek, posypany uschniętym igliwiem uwierał i parzył bose stopy. Tu i ówdzie pod niezbyt wysokimi sosnami wyrastały fikuśne chatki obite kolorowanymi, pilśniowymi płytami. Na skraju zasiedlonego lasu teren obniżał się nieco przechodząc w obszerne, ale dość płytkie bajoro o mulistym dnie. Leśna cisza kończyła się na piaszczystym brzegu zalewu ustępując krzykom i piskom taplającej się w obłędnie ciepłej wodzie wesołej gromady. Marek prowadził nas – ojca i braci – do nabrzeżnej wypożyczalni łódek. rowerów wodnych i kajaków. Nasz tata wybrał dość obszerną, wyglądającą na stabilną łódkę. Wzięliśmy też dwa solidne wiosła. Wylegiwanie się w fabrycznych ośrodkach wypoczynkowych było wtedy przywilejem tak zwanej klasy robotniczej. Nasz Marek jako świeżo pasowany proletariusz, po ukończeniu prestiżowego liceum, zatrudniony na fizycznym etacie w fabryce Chemicznej, został dopuszczony do korzyści spędzenia urlopu w kempingu, nad zalewem w Sielpi. Dumny z nowego statusu zaprosił rodzinę na niedzielny piknik. Średni brat był niesłychanie ambitny. Zdarzało się - nie, nie dwa – że nie bez racji obnosił się ze swoją wiedzą i erudycją, Przykre to czasem bywało dla otoczenia, dla bliskich też. Często jednak ta jego uszczypliwa złośliwość znikała bez śladu ustępując miejsca może szorstkiej, lecz niekłamanej życzliwości. Tak było tamtego, pamiętnego dla mnie dnia.
Rozebrani do slipów płynęliśmy sobie ową łódką, wypożyczoną za niewielką opłatą według stawki godzinowej. Na niezbyt dużym jeziorze ruch był nieco tylko mniejszy niż na lokalnym targowisku. Co rusz mijali nas młodzi ludzie na wywrotnych kajakach, bywały też pary pedałujące na wodnych rowerach. Najwięcej kąpiących się taplało się tuż przy brzegach, ale byli też tacy, którzy próbowali swoich umiejętności pływackich na głębokiej wodzie. Letnie słońce wydobywało z ziemi i wody klimat beztroskiej przygody. Trudny do zdefiniowania aromat rozprażonego słońcem zagajnika nasycony orzeźwiającym tchnieniem wody działał jak mocny, naturalny narkotyk. Zdawałby się, że tak cudowny dzień może się zdarzyć tylko raz w życiu.
Ojciec silnymi posunięciami wiosła prezentował swoją fizyczną tężyznę. Leciutki uśmiech błądził po jego twarzy. Nic nie mówił, lecz czuliśmy to, że napawa się dumą z posiadania trzech dorosłych, zdrowych i udanych synów. Tę dumę skrywał głęboko w sercu. Nie obnosił się z napełniającą serce satysfakcją. Trudno było usłyszeć od niego pochwałę. Raczej co jakiś czas wypominał nam nasze wady i niedociągnięcia, z nadzieją, ze tym sposobem uda mu się zmobilizować nas do pracy nad sobą, do kształtowania naszych charakterów według norm moralnych, które troskliwie pielęgnował i z różnym niestety skutkiem próbował nam wpoić. Teraz w tym szczególnym dniu, w tej niebanalnej sytuacji pozwolił sobie na odrobinę niefrasobliwości, rzadko dotąd okazywanej łagodności i akceptacji. My zaś, będąc tego boskiego dnia w centrum misterium ludzkiej beztroski i radości słuchaliśmy, jakby w oku cyklonu dobiegających od brzegów ściszonych odgłosów orgii ludzkiej radości, składanej w hołdzie naturze za jej wspaniałości.
Cała nasza trójka: Wojtek, Marek i jak odczuwaliśmy potrzebę popisania się przed tatą swoimi umiejętnościami. Ojciec świetnie pływał, więc uznaliśmy, że spróbujemy mu zaimponować nurkowaniem. Mnie, jako najstarszemu z braci przypadło pierwsze zejście pod powierzchnię wody. Skoczyłem zanim strach mógłby przeszkodzić mi w zaimponowaniu braciszkom. Poczułem na wargach niezbyt przyjemny smak brunatno-zielonej wody. Było dość głęboko. Poczułem blisko muliste dno. Z całej siły pchnąłem wodę rękami i nogami i wtedy właśnie zsunęły mi się zbyt luźne majtki i oplątały nogi w kostkach. Co nieco wystraszony usiłowałem uwolnić się z przypadkowych pęt. Nie odzyskawszy ubioru wynurzyłem się kilka metrów od łódki. Dopłynąłem do brzegu trzymając się przemiennie, to burty, to rufy. Nie wychodziłem z wody póki Marek nie przyniósł mi ze swej wczasowej kwatery zapasowych spodenek. Defilada w adamowym stroju na zatłoczonym kąpielisku mogłaby się zakończyć kosztownym występem przed kolegium do spraw wykroczeń.
Z głębi przybrzeżnego biwaku dochodziły płynął ku wodzie mocny wokal Maryli Rodowicz.
Jada wozy kolorowe taborami ej, Cyganie, tak bym chciała jechać z
wami, będę sobie mieszkać kątem przy
muzyce, będę słuchać opowieści starych skrzypiec, ciepłym wiatrem wam podszyję stare
płótno, co mi dacie, żeby już nie było
smutno mi?
Ta nastrojowa
melodia do tęsknych strof Jerzego Ficowskiego jeszcze po latach skłaniała mnie
do rozważań nad mrocznymi ścieżkami ludzkiego losu. Nadmierny luz w moich
majtkach mógłby mocą zwykłego przypadku zyskać potężną siłę sprawczą, która nie
tylko zakończyłaby już wtedy moje życie, likwidując a priori wszystko co
wydarzyło się później w moim życiu, Jednocześnie ten zwykły przypadek, który
mógł się ziścić przez moją osobę mógłby „wygumkować” z przyszłości ciąg zdarzeń
w życiu innych ludzi, których koleje losu potoczyły się pokierowane siłą
sprawczą mojego istnienia i podejmowanych przeze mnie decyzji.
Najmłodszy był. Wszyscy go lubili, rodzina nawet nieba by mu przychyliła, gdyby tylko taka potrzeba zaistniała. Wojtuś – otrzymał imię ku czci dziadka Wojciecha seniora na rodzinnej zagrodzie. Nestor rodu patrzył w dzieciaka jak w obrazek i starał się spełniać wszystkie zachcianki małego imiennika. My starsze rodzeństwo z pewną dozą niewinnej zawiści patrzyliśmy na figlującego z wnuczusiem dziadka, który znany był z wielkiej powagi, niemal graniczącej z oschłością, szczelnie okrywającej dobroć gołębiego serca tego silnego człowieka. Igraszki imienników przybierały różne, niekiedy bardzo oryginalne formy. Jak ta, kiedy silny, starszy mężczyzna bawił się z maluchem dmuchanym kogutem. Kolorowe ptaszysko naciskane przez dziadka znosiło autentyczne, kurze jaja sprytnie podkładane przez dziadka ku wielkiej uciesze malucha. Wybuchy radości rozpromienionego wnuka pisały się dobrotliwym uśmiechem pod wąsem ubóstwianego w rodzinie dziadziusia. Ten zabawny, acz wzruszający obrazek dzielenia się radością Wojtusia z Wojciechem utkwił na dobre nie tylko w mojej pamięci, lecz stał się często, gęsto przytaczaną rodzinną anegdotą. Może właśnie dlatego od tego oryginalnego epizodu postanowiłem zacząć oddawanie bratu to co braterskie tuż po pożegnaniu na progu wiecznej rozłąki. Muszę potwierdzić, że Wojtek był i nadal jest ważną częścią mojego życia, a jak ważną to okazało się dopiero w chwili jego odejścia. Ludziom żyjącym dłużej od rówieśników z dnia na dzień środowisko się wyludnia. Wprawdzie suma sumarum, to ludzi wokół nich nawet może przybywać, lecz ci przybywający z nieustającej reprodukcji rzadko przebijają się do kręgu aktywnego ich otoczenia. No może oprócz zstępnych i latorośli najbliższych krewnych. Natomiast przemijanie czyni niczym nie zrekompensowane spustoszenie. Istota ludzka to świadomość. Ginie świadomość to ginie człowiek. No nie całkiem jednak, bo choćby po części istnieje nadal w świadomości innych ludzi. Na tyle, na ile odcisnął na współżyjących piętno swojej osobowości, właśnie na tyle zapewnił sobie kawałek względnej nieśmiertelności. Człowiek na dobre umiera dopiero wtedy, kiedy wygasa ostatecznie pamięć o nim. Tylko materia zapożyczona niegdyś do zbudowania ludzkiego ciała nie ginie, lecz zostaje zwrócona naturze i znajduje zastosowanie w innych związkach chemicznych i konfiguracjach. Warto tedy docenić geniusz Wisławy Szymborskiej która napisała: Umarłych wieczność dotąd trwa, dokąd pamięcią im się płaci. Mojemu bratu Wojtkowi za ponad pół wieku wspólnoty rodzinnej mogę i kaskady wzajemnych, dobrych uczuć będę płacił póki będę mógł, jedyną godną braterstwa, a dostępną mi walutą, wdzięczną pamięcią.